poniedziałek, 18 stycznia 2016

Szesnaście: Opinie

1. marca 2014, sobota
   Wychodził z opustoszałego już stadionu. Sam, ponieważ koledzy zebrali się znacznie wcześniej i wrócili do swoich domów, a on został jeszcze poproszony przez trenera o krótką rozmowę. Jako jeden z kilku podstawowych graczy otrzymał dziś wolne po imponującym, wtorkowym zwycięstwie w Lidze Mistrzów i choć bolało go obserwowanie przebiegu spotkania wyłącznie z trybun, cieszył się kolejnymi punktami ligowymi, wywalczonymi na własnym boisku. Wprawdzie odsunięcie od składu ugodziło w jego piłkarską dumę, lecz jeśli Klopp uznał, że potrzebuje odpoczynku, przyjął to na klatę. Z coachem się nie dyskutuje. Z drugiej jednak strony, gdyby tylko wiedział, że nie zagra, przesunąłby termin spotkania z Irminą. Nie zabrałby jej na stadion, ale mieli okazję spędzić przyjemne popołudnie. Cóż, po raz kolejny przekonał się, jak mocno ogranicza go praca i ile musi poświęcić ze względu na medialną osobowość.
   Szedł przez środek parkingu w kierunku auta, wciągając do płuc orzeźwiające powietrze. Wieczory stawały się coraz cieplejsze, wiosna wisiała już nad głowami Dortmundczyków, a on nie mógł doczekać się chwili, gdy rękawiczki na treningu będą zupełnie zbędne, aczkolwiek nie to obecnie zajmowało jego umysł. Myślami już od dawna krążył wokół jutrzejszego wyjścia z tancerką, której nienawidził, a która jednocześnie wzbudzała w nim tak skrajne emocje, iż sam siebie nie poznawał. Nie potrafił dać jej spokoju i głęboko wierzył, że powodem takiego stanu rzeczy jest żądza rewanżu za Nowy Rok oraz pokazanie Fornellowi, kto w ich paczce rozdaje karty. Nie miał jednak dostatecznej pewności, iż właśnie o to mu chodzi, ale przecież jest mężczyzną. To on zaciągnie ją do łóżka i to on powie wtedy "dość". I żadna panna nigdy nie ubliży jego wielkości.
   Pisał właśnie wiadomość do swej ofiary, gdy tuż przy masce samochodu usłyszał za plecami swe imię. Odwrócił się i ze zdziwieniem odkrył, że zna właścicielkę tego delikatnego głosu. Sceptycznie patrzył na zbiegi okoliczności, ale nic innego nie wchodziło w grę. Przynajmniej jego zdaniem.
   -Ina? - mruknął, szczerze zaskoczony, zapominając o wysłaniu sms-a. Wrzucił iPhone'a do kieszeni kurtki, uśmiechając się do zbliżającej się dziewczyny. -Nie spodziewałem się ciebie tutaj.
   -A jednak znów się widzimy. - odpowiedziała, zarzucając średniej długości włosy na ramię. Tak bardzo nie chciała tutaj być, ale zgodziła się na chory układ swoich przyjaciół. Żałowała, lecz droga powrotna nie istniała. Marco może zachowywał się jak dupek, ale zasługiwał na miłość, jak każdy, pojedynczy, żyjący człowiek, także miał uczucia. Intryga ta może natomiast podważyć zaufanie w jej związku i jeśli tak się stanie, nigdy nie wybaczy Ann-Kathrin, a przede wszystkim sobie.
   -Co tu robisz? - farbowany blondyn brutalnie wyrwał ją z zamyślenia, przyglądając się jej z uwagą. -Byłaś na meczu?
   -Ehmm... Tak, właśnie tak. I pomyślałam sobie... Że skoro już się spotkaliśmy... Nie powiedziałeś mi, że w środę wyszedłeś do Cocaine, a obiecałeś, że się odezwiesz. Trochę nawaliłeś.
   -Skąd wiesz, że wyszedłem? - spytał, pomijając wszystkie pozostałe fakty. Toennes zmarszczyła czoło i przeklęła bezgłośnie. Zapomniała, iż rozmowy Reusa z Götze nieoficjalnie do niej nie docierają, więc prawie przekreśliła cały plan. Musi się teraz inteligentnie wybronić. -Śledzisz mnie?
   -A wyglądam jak detektyw? - fuknęła, oburzona bezpodstawnym oskarżeniem. Tak swobodnie, jak tylko umiała, wzruszyła ramionami. -Wyhaczyłam cię na jakimś zdjęciu i to wystarczyło. Ciężko cię nie rozpoznać.
   -Okej... - mruknął, przywdziewając na twarz kpiący uśmieszek. Coś mu nie pasowało - Forni zatrudnia fotografów wyłącznie na imprezy weekendowe, więc jakim cudem został uwieczniony na zdjęciu w środku tygodnia? Oczywiście, nie może wszystkiego zauważyć, ale nie dostrzegł, by po sali krążyła jakakolwiek osoba z aparatem. Ktoś go rozpoznał? Ktoś widział go z Irminą? Dziewczyna prawdopodobnie coś kręci, lecz pozwolił jej dalej w to brnąć. -I co w związku z tym?
   -Nie uważasz, że postąpiłeś nieuczciwie? - spytała ostrożnie, nie spuszczając z niego wzroku. Przewrócił oczami.
   -Być może. I chcesz ode mnie zadośćuczynienia?
   -Hej, myślenie czasami ci jednak wychodzi. - skwitowała złośliwie, wpatrując się w niego bez przerwy. Zignorował jej docinkę i przeniósł ciężar ciała na jedną stopę, zakładając ręce na piersi.
   -Czekam na propozycje.
   -Hmm, no nie wiem... - udała, że intensywnie się zastanawia. -Impreza? Na przykład... W Cocaine? Dziś sobota, więc jutro chyba masz wolne?
   Powoli pokiwał głową. Nie do końca jednak tak było, ponieważ jako piłkarz, który dziś nie wystąpił, jutro rano musi pojawić się na treningu. Klopp skutecznie poprzestawiał mu przebieg dnia, ale nie zamierzał z niczego rezygnować. Kastner będzie na niego czekała, a on, pragnąc odpokutować winy, nie może nawalić. Z kolei do zadań Iny należało wyłącznie pokazywanie się z Marco w miejscach publicznych, w takich, które Irmina również zna i odwiedza, tylko po to, by przez rzekomy przypadek nakryć ich razem, niekoniecznie w intymnej sytuacji, bo do takiej nigdy nie doprowadzi, ponieważ kocha swojego chłopaka i nie zaryzykuje. Ann i Mario chcieli po prostu udowodnić dziewczynie, że nie jest jedyną kobietą w życiu Reusa, z którą ten utrzymuje zawiłą relację. Wizażystka nie miała jednak pewności, że im się uda.
   -Oglądałaś mecz sama? - przyszło mu na myśl, gdy zwrócił uwagę na fakt, że na ciemnym parkingu nie ma nikogo poza nimi. Trafił w dziesiątkę. Toennes otworzyła szeroko oczy i rozchyliła usta, by się wytłumaczyć. Cwana sztuka z tego Woody'ego.
   -Można tak powiedzieć. - stwierdziła spłoszona. -Przyjechałam taksówką z koleżanką, ale odesłałam ją do domu, więc mam czas. To jak, bawimy się czy nie?
   Wyszczerzył się po raz kolejny, podziwiając jej upór. Dziwna laska. Nie brakuje jej stanowczości, tupetu i dziś wyjątkowego zakłopotania. Zyskał już prawie stuprocentową pewność, że nie wszystko, co mówi, powinien przyjąć na poważnie, bo coś ewidentnie od samego początku nie grało. No, ale dziewczyna to dziewczyna. Raz nie zaszkodzi.
   -Planowałem wrócić do domu... - jęknął ironicznie, wzruszając do tego ramionami, jakby jej obecność nagle stała się dla niego zupełnie obojętna. -Ale jeśli nalegasz... To wsiadaj.
   Skinął na wóz, obok którego stali, dając jej do zrozumienia, że zabierze ją ze sobą. Oboje unieśli brwi i już po chwili siedzieli w skórzanych fotelach Astona Martina, w milczeniu opuszczając teren stadionu. Blondyn zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie nie powinien pakować się w znajomość z kimś, komu nie potrafi zaufać. Nadal pamiętał jednak o tym, że to on zawsze przejmuje kontrolę.

~~~

2. marca 2014, niedziela

"Nie wiem, w co się ubrać."

   Od tego sms-a Marco Reus zaczął jakąkolwiek aktywność popołudniu w ostatni dzień weekendu. Od sms-a, który właściwie zyskał miano jego oficjalnego budzika na ten czas - wczoraj w klubie dość długo bawił się z Iną, więc musiał odespać przymusowe wstawanie na trening. I gdyby Irmina nie zdecydowała się ponarzekać, z pewnością godzinę umówionego spotkania spędziłby pogrążony we śnie. A żałowałby tego bardziej, niż decyzji o pójściu na imprezę z nowo poznaną koleżanką.

"Nie wiesz czy nie masz w co się ubrać?"

   Po raz kolejny zwyzywał samego siebie za to, iż dał się namówić Inie na Cocaine, ponieważ nic na tym nie zyskał. Rozmowa ciężko się kleiła, dziewczyna nie opowiadała o konkretach, nie zdradzała żadnych, pikantnych szczegółów ze swojego życia. Co więcej, wydawała się bardzo sztywna i jakby unikała głębszych tematów w obawie, że palnie gafę. Nawet nie próbował zaproponować jej przygodnego seksu - jego zdaniem, nie wykazałaby ani odrobiny entuzjazmu odnośnie tego pomysłu. Nie planował więcej się z nią widywać, lecz uparcie stawiała na swoim, no i posiadała jego numer telefonu. Wkopał się na własne życzenie, ale wierzył, że znajdzie jakieś inteligentne wyjście.

"Jedno i drugie... Masz trochę racji."

   Irmina. To jest dopiero dzieło sztuki, nieświadomie przestawiające jego wartości życiowe. Nienawidzi jej i jednocześnie lubi. Chce ją przelecieć, skutecznie opierając się jednak pokusie. Nie wie, z kim tak naprawdę ma do czynienia, choć jej najlepsza przyjaciółka to zapalona fanka Borussii Dortmund, a Fornell oraz Kaul są ich wspólnymi znajomymi. Wciąż nie rozumiał, jak do tego doszło, ale cieszył się, że tancerka widzi w nim dzięki temu człowieka, jakim rzeczywiście jest, a nie jakiego kreują media. Mężczyzna z wyjątkowo zróżnicowanym charakterem, dwoma twarzami, za którymi kryją się przeciwstawne uczucia. Ona nie ma o tym pojęcia, ale on nie ufa jej na tyle, by powierzać jej swoje bóle czy sekrety.

"Ładnie proszę, byś nie zakładała sukienki ledwo zakrywającej pośladki i zbyt obcisłych spodni. Całą resztę jakoś przeżyję. Chyba."

   Roześmiała się, czytając jego zalecenia. Zapewne zdawał sobie sprawę, że ona również zdążyła go ocenić. Magazynował w sobie tyle sprzeczności, iż z trudnością uwierzyła, że to w ogóle możliwe. Miała jednak dowód w żywej postaci i coraz bardziej chciała go wykorzystać. Była przekonana, że nie zna takiego Marco, jakiego widuje, ponieważ żaden człowiek nie jest w stanie tak sprawnie i szybko operować swoimi cechami, a on to umiał. Uważała, że coś przed nią ukrywa, aczkolwiek boli go to na tyle, że wciąż woli dusić to w sobie. A ona chciałaby go odkryć, przełamać, przekonać do siebie. I liczyła, że prędzej czy później tak się stanie.

"Okej, wyzwanie przyjęte. Czekam na Ciebie za godzinę."

   Po upływie sześćdziesięciu minut faktycznie wsiadała już do jego imponującego wozu, od razu poddana ocenie chłopaka. Gdy zamknęła drzwi, uniósł brwi, uśmiechając się kąśliwie. Domyśliła się, o co chodzi, gdyż to nie pierwsza tego typu reakcja z jego strony. Zlustrował ją od czubka głowy po same stopy, w milczeniu ruszając z miejsca w południowym kierunku miasta. Jeszcze nie zdradził jej, dokąd jadą, lecz nie naciskała. Lubiła niespodzianki, a on lubił zaskakiwać. Koncert Beyoncé nie wziął się w końcu z przypadku.
   -Całkiem nieźle. - rzucił nagle od niechcenia, skupiając wzrok na ulicach Dortmundu. Wczesne godziny wieczorne w niedzielę, zatem ruch wzmagał się przez wracających do domów z odwiedzin u rodziny mieszkańców. -Przypuszczałem jednak, że zrobisz mi na złość.
   -Następnym razem lepiej się postaram, skoro tak ci zależy. - odparowała, na co piłkarz zerknął na nią zdziwiony. -No co? Powiedziałam coś nie tak?
   -Następnym razem? - uściślił dobitnie. Irmina przygryzła wargę, zawstydzona swoją wypowiedzią. Tego się nie spodziewała. -Czy nie wybiegasz zbyt daleko w przyszłość?
   -Jeśli to spotkanie ma być wyłącznie odpokutowaniem twoich win, to zatrzymaj się i wysiadam. - oświadczyła stanowczo, patrząc na niego surowo. Potrzebowała kilku sekund, by zorientować się, że faktycznie stoją w miejscu. Zamrugała z niedowierzaniem powiekami i złapała za klamkę, lecz chłopak pochylił się błyskawicznie, strącając jej dłoń. Zupełnie zbita z tropu, wcisnęła plecy w swoje siedzenie.
   -Zwariowałaś? - spytał z pretensją w głosie Marco, po czym wskazał palcem ku górze. -Jesteśmy na skrzyżowaniu ze światłami, cierpliwie i grzecznie czekając na zielone. Nie wysadzę cię na środku ulicy, bo gdyby coś cię potrąciło, szukaliby twojego ciała parę przecznic stąd. Ludzie jeżdżą jak debile, a ty wpraszasz się prosto pod ich koła. A teraz zastanów się, czy rezygnujesz, bo zaraz ruszamy.
   Zarumieniła się jak mała dziewczynka, której mama dała klapsa przy grupie rówieśników za nieposłuszeństwo. Powinna przestać gapić się na niego jak na ósmy cud świata, bo właśnie udowodnił jej, że to skończy się katastrofą. Przecież nie posiada nic, co wyróżniałoby go spośród innych mężczyzn... Poza charakterem. I budową ciała. Poza ilością wydawanych pieniędzy, farbowanymi włosami, ekstrawagancją, bezczelnością oraz pięknymi, błyszczącymi, zielonymi tęczówkami... Nie. Nie, nie, nie, to już za dużo. Złapała się na tym, iż znowu go obserwuje, wodzi za każdym ruchem jego rąk na kierownicy, każdym dociśnięciem sprzęgła, regulowaniem temperatury powietrza na pulpicie auta...
   -Dokąd mnie zabierasz? - wykrztusiła, chcąc odsunąć od siebie wszystkie najświeższe myśli i spostrzeżenia. Piłkarz uśmiechnął się pod nosem, wzdychając ciężko.
   -Długo wytrzymałaś w niewiedzy. - zauważył, wyglądając przez boczną szybę. -Nie powiem ci, zaraz sama zobaczysz.
   Przewróciła oczami, jeszcze bardziej wtapiając się w fotel, a gdy Marco odwrócił głowę, ich spojrzenia spotkały się po raz kolejny. Nie trwało to jednak długo, ponieważ cały czas prowadził, lecz jej zupełnie wystarczyło. Ciekawość rosła z każdą minutą, ale przynajmniej rozpoznała już okolicę, w której się znaleźli. Gdy tylko nachodzi ją ochota, biega w Westfalenparku, uznając tą aktywność jako zamiennik dla fitnessu, ale nigdy dla tańca. Pasja to podstawa, cała reszta następuje później.
   Jak się okazało, blondyn zaparkował auto tuż przy bramie wejściowej od ulicy Floriana i zgasił silnik. Irmina nie kryła zaskoczenia - o tej porze w tym miejscu panuje już mrok, z którym walczą jedynie jasno świecące latarnie, dlatego nie rozumiała, po co ją tu przywiózł. Wyciągnął kluczyk ze stacyjki, a ona nadal siedziała niepewnie, bez jakiejkolwiek reakcji, krzyżując stopy w kostkach. Patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami, gdyż sam nie potrafił rozszyfrować, co doprowadziło jego towarzyszkę do takiego stanu.
   -Jednak się wycofujesz? - zażartował, odpinając pas. Dźwięk, jaki wywołał przez naciśnięcie klamry, wyrwał ją z letargu. -Irmina...?
   -Co? A nie, nic, wszystko w porządku. - podniosła się, poprawiając owinięty wokół szyi szal. -Ale... Dlaczego akurat tutaj?
   -Boisz się. - stwierdził, wyczytując z jej twarzy strach oraz zwątpienie. By dodać jej otuchy, delikatnie ujął jej dłoń. -Nic ci nie zrobię, obiecuję. Nawet o tym nie pomyślałem.
   -Nie o to chodzi...
   -Będzie prościej, jeśli mi zaufasz. Tam kręcą się jeszcze ludzie, nie zostawię cię ze sobą sam na sam, bo już doświadczyłaś mojej nieobliczalności. - uśmiechnął się półgębkiem na wspomnienie ich pocałunku, czym znów zawstydził tancerkę. -No, chodź, za dwie godziny zamykają, więc musimy zdążyć.
   -Gdzie?
   -Przekonasz się. - mrugnął do niej, po czym wysiadł, obszedł maskę i otworzył drzwi pasażera, gestem ręki prosząc ją o opuszczenie kokpitu. Poddając się, roześmiała się cicho i kiedy zabezpieczył samochód, ramię w ramię skierowali się w głąb parku. Nie rozmawiali, ale też nie szli długo, gdyż do obiektu docelowego dotarli po pokonaniu kilkuset metrów. Irma podniosła wzrok, zerkając to na Marco, to na budynek przed nimi.
   -Florianturm? - dziwiła się, automatycznie usiłując stworzyć w umyśle możliwe wersje wydarzeń. -I co teraz?
   -Wiesz, co jest na górze? - zapytał, chowając klucz od Astona do kieszeni. Prychnęła.
   -Restauracja i taras widokowy.
   -Byłaś tam kiedyś?
   -Nie miałam okazji... - urwała, w ułamku sekundy łącząc fakty. Chciała protestować, ale szybko pociągnął ją za sobą.
   -To dzisiaj masz. - podsumował, ściskając rękaw jej kurtki, gdyby znienacka zerwała się do ucieczki. -Zapraszam.
   Ich dyskusja zdecydowanie się ożywiła. Kastner stanowczo nie wyraziła zgody na uregulowanie przez Reusa kolejnego rachunku za ich wspólną kolację, zarzekając się, iż nie wejdzie z nim nawet na pierwszy stopień schodów. Nie rozumiała, dlaczego głośno się roześmiał i dotarło to do niej, gdy tuż przed nimi otworzyły się drzwi windy. Schował usta w kołnierz kurtki, by stłumić wybuchy radości, gdy obdarzyła go pełnym nienawiści spojrzeniem i wyraźnie obrażona weszła do środka. Nie odzywała się do niego, zupełnie ignorując sympatyczne uszczypliwości z jego strony. Unosiła jednak kąciki warg tak, by tego nie zauważył, gdyż tak naprawdę wcale się na niego nie gniewała. Doceniała fakt, że miał ochotę spędzać z nią czas i przygotowywał dla niej różnego rodzaju niespodzianki. Tylko dlaczego wciąż odnosiła wrażenie, że coś przed nią ukrywa?
   Wysiedli na pierwszym z pięter. Blondynka rozejrzała się po pomieszczeniu i przygryzła wnętrze policzka.
   -Nawet nie myśl, że zmieniłam zdanie. - syknęła, dostrzegając jego uniesione w geście zwycięstwa brwi. -Jeśli zapłacisz, nie przełknę ani kęsa, jasne?
   -Posłuchaj. - położył dłonie na jej ramionach, przez co wręcz musiała zatopić się w jego oczach. Nie dał jej żadnego wyboru. -Wybrałem sobie czas i miejsce, wybrałem sobie towarzyszkę, więc pozwól, że rodzaj płatności i samego płatnika też załatwię. Może to nie randka, ale właśnie dlatego powstali faceci - do umilania czasu dziewczynom. Nie chciałaś następnego koncertu, ale nie mogę ciągle kupować ci kwiatów, bo na pewno nie masz tylu wazonów w domu.
   -Za to mogę spożywać z tobą posiłki i tyć. - burknęła złośliwie, na co chłopak zacisnął zęby, lustrując ją jeszcze intensywniej. Czuła, jak wymięka. Pękały bariery, a on z prędkością światła zdobywał nad nią przewagę, zmuszając ją do kapitulacji. -Dobrze, już nic nie mówię.
   -I to chciałem usłyszeć. - podsumował, dumny ze swojego osiągnięcia, ujmując ją pod rękę i wprowadził do wnętrza restauracji.
   Była zachwycona od samego początku. Lokal okazał się jednym z tych, w którym, niezmiennie zajmując to samo miejsce, można podziwiać panoramę Dortmundu ze wszystkich stron, ponieważ obracał się on wokół własnej osi. Zatracała się więc w widokach za szklaną szybą, z trudem utrzymując uwagę skupioną na Marco oraz otaczającej ich rzeczywistości, co jemu akurat nie przeszkadzało w znaczącym stopniu. Poza nimi znajdowało się tutaj jeszcze zaledwie parę osób, przyglądających się ich dwójce z rosnącym zainteresowaniem, dając zawodnikowi Borussii do zrozumienia, iż go rozpoznali, w dodatku z tajemniczą dziewczyną u boku. Cieszył się więc, że Irmina o tym nie wie i nie budzi to jej podejrzeń, co nie oznaczało jednak, że on może poczuć się bezpiecznie. Musi się teraz szalenie pilnować, by przez przypadek razem nie trafili w najbliższych dniach do gazet.
   Udawana, teatralna złość tancerki zniknęła jak za pstryknięciem palca. Uznała, że stanął na wysokości zadania. Spokojna, kameralna atmosfera, zapierające dech w piersiach krajobrazy rodzinnego miasta, przepyszne jedzenie... Klimat wręcz idealny na randkę, aczkolwiek wyparł się tego terminu. Nie miała mu tego za złe, znają się tylko i aż dwa miesiące , a on przecież "nie szuka dziewczyny i nie chce niczego więcej". Jeżeli ich znajomość przerodzi się w przyjaźń, ją to zadowoli. Och, głupiutka Irma... On nazywa się Marco Reus i niektóre pojęcia, niestety, są mu zupełnie obce.
   -Gotowa? - spytał nagle, opierając łokcie o blat stolika. Przerwał właśnie jej prywatne rozmyślania dotyczące rozmowy, którą niedawno odbyli. -Mamy piętnaście minut i drugie piętro do odwiedzenia.
   -Jasne, możemy iść. - zajrzała do torebki, by wyjąć portfel, lecz kątem oka zauważyła, iż blondyn obserwuje ją w półuśmiechu. Roześmiała się cicho, kręcąc z niedowierzaniem głową. -Prosiłam cię...
   -Cukiereczku, w jakim świecie ty żyjesz? - zadrwił, wymachując trzymanym w palcach kawałkiem plastiku. -Minutę temu kelner oddał mi kartę. Nie uwierzę, że aż tak odpłynęłaś.
   -Spadaj. - dźgnęła go w żebro, kiedy podążali do windy. Byli ostatnimi gośćmi firmy, zatem Reus miał nadzieję, że Florianturm należy już tylko do nich. Ostatnie, czego chciał, to natknięcie się na grupkę fanów, proszących go o zdjęcie.
   To nie tak, że przez cały czas milczeli. Oboje dużo mówili, opowiadali o wszystkim i o niczym, jednocześnie po cichu oceniając siebie nawzajem. Bezgłośnym szeptem wymieniali wartości, które osobiście cenili w kontaktach z drugim człowiekiem. Ona stała przy barierce, delikatny, jeszcze zimowy wiatr rozwiewał jej włosy. On trzymał się nieco z tyłu, asekurując jednak swoją koleżankę, by nic jej się nie stało. I choć nie zdawali sobie z tego sprawy, naprawdę myśleli o tym samym. Wspominali całą historię dziwnej, burzliwej, ale i ciekawej znajomości. Widzieli dla niej przyszłość. Dalszą lub bliższą, ale jednak widzieli, gdyż postrzegali siebie jako pewne zmiany w ich życiu. Ona przekonała się, że można sprawnie posługiwać się dwoma twarzami, skrywając do tego zapewne bolesny sekret. On zrozumiał, że nie każda kobieta ulega jego urokowi i wpływom, niekiedy nawet skutecznie się im opierając. Póki co, wiedzieli o sobie niewiele, lecz systematycznie walczyli o małą rewolucję, która nadejdzie, prędzej czy później.
   -Mogę zadać ci pytanie? - przygryzła wargę, wykorzystując fakt, że ma go tuż za plecami. Usłyszała, że jęknął niezadowolony.
   -Skoro musisz. - odparował, podchodząc bliżej, a w jej nozdrza uderzył zapach jego perfum. Przełknęła głośno ślinę.
   -Zaryzykuję. - odgryzła się, mocniej zaciskając pięści na metalowej zaporze. Czy się stresowała? Okropnie, ale to, co błądziło w jej głowie, nie potrafiło znaleźć wyjścia. -Kogo tutaj zabierasz?
   -Zabierałem. - poprawił ją, wsuwając dłonie do kieszeni kurtki. -Kilka lat temu, tylko jedną osobę.
   -Kogo? - powtórzyła szeptem, wpatrując się w Dortmund wieczorową porą. Jej ukochane miejsce na ziemi, ale nie była teraz w stanie tego roztrząsać. -Powiesz mi?
   -Powiem. Moją dziewczynę.
   Odwróciła się, zszokowana. Spodziewała się właśnie takiej odpowiedzi, gdyż wskazywała na nią panująca tu intymność, musiała się wyłącznie upewnić. Nie przewidziała jednak, że chłopak ponownie odbierze jej możliwość ruchu, bo kiedy tylko zmieniła pozycję, owinął nadgarstki wokół barierki, zamykając jej ciało między swoimi ramionami. Nie kontrolował tego, a ona nie oponowała. Nie zamierzał zrobić jej krzywdy, więc zwyczajnie czekał na pozwolenie, aczkolwiek nie umiała dostatecznie opanować nerwów. Drżała, oddychała płytko, nierówno, a on nie reagował, sądząc, że ją wystraszył. I gdy zebrała się wreszcie, by wykonać pierwszy krok, dobiegły ich czyjeś głosy. Reus zerknął w tamtą stronę, przekonany, że to ktoś z obsługi, by poprosić ich o opuszczenie terenu. Mylił się. Dwie nastolatki podchodziły do nich z telefonami komórkowymi, głośno dyskutując z podekscytowania. On już wiedział, co się kroi. Ona, biedna - nie.
   -O mój Boże, to faktycznie on! - pisnęła niższa, podskakując niczym nowo narodzony kangur. -Marco, możemy zrobić sobie z tobą zdjęcie?
   Cóż, panie gwiazda, marzenia się spełniają. Nawet te najmniej pożądane.

***

Wczoraj podjęłam szybką decyzję, że będzie to rozdział z dedykacją dla pewnej bloggerki... Ale wyszedł tak beznadziejnie, że się nie odważę. Nie jestem z niego ani trochę zadowolona. Nie miałam nawet ochoty go pisać, ale skoro Wam obiecałam... :) Gdybym choć przypuszczała, że doba będzie dla mnie za krótka, nie podawałabym dzisiejszego terminu jako dnia publikacji, a nie chciałam znów go zmieniać.

Powinnyście wiedzieć, że powoli, małymi kroczkami zbliżamy się do takiego momentu, który odwróci relację Irminy i Marco niemal o 180 stopni... Dlatego musicie dać mi czas na dobre rozplanowanie kilku następnych rozdziałów. Wplotłam tyle wątków, że muszę uważać, aby o żadnym nie zapomnieć :p

Dziękuję, że jesteście! ❤

sobota, 2 stycznia 2016

Piętnaście: Szansa

21. lutego 2014, piątek
   Po raz pierwszy od dawna odczuła ulgę, gdy Marcel ogłosił zakończenie próby. Wszyscy zaakceptowali jego pomysł z obsadzeniem Irminy jako głównej bohaterki w choreografii, którą skrzętnie, już od tygodnia przygotowywali do mistrzostw. Pomimo, iż przeprowadzenie zawodów zaplanowano dopiero na początek czerwca, nie tracili czasu i działali już teraz. Chłopak naprawdę upatrywał w swojej koleżance szansy na sukces i nie chciał jej zmarnować. Gdyby wprowadził ją na światowe parkiety, skorzystałaby z tego cała grupa. A właśnie o to mu chodziło - by w końcu zaistnieli.
   Zmęczona dziewczyna jako jedna z ostatnich pobiegła pod prysznic, nie spiesząc się zbytnio, by pozwolić swojemu ciału na odprężenie oraz relaks. Julia już wcześniej poinformowała ją, że nie wrócą dziś razem, nie podając jednak konkretnych szczegółów. Chciała dopytać, lecz nie miała czasu. Próbowała złapać ją po zajęciach, ale Wessler ciągle biegała, wciąż miała coś do zrobienia, nawet z szatni wyprysnęła wyjątkowo szybko. Irma czasami słynęła jednak z dociekliwości i upierdliwości, o czym systematycznie przypominał jej Marco, a ona, chcąc czy nie, musiała przyznać mu rację. Dlatego bardzo chciała sprawdzić, z jakiego powodu jej przyjaciółka jest tak zajęta.
   Ostrożnie uchyliła drzwi, zdając sobie sprawę, że nie opuszcza pomieszczenia jako ostatnia, lecz na sali panowała wyjątkowa cisza. Przemierzała ją w kierunku wyjścia, rozglądając się na boki, aby nie umknął jej żaden istotny szczegół. Nic z tego. Nie znalazła nic, co mogłoby przykuć uwagę, aczkolwiek po wyjściu z budynku stanęła jak wryta w ziemię. Jakieś kilkanaście metrów przed nią, po lewej stronie parkingu, Jull śmiała się głośno, rozmawiając z Marcelem, a ten nie spuszczał z niej wzroku. Chwilę później razem obeszli auto, po czym otworzył jej drzwi pasażera, a sam wrócił za kierownicę. A że Kastner bywa wredna i spontaniczna, wymyśliła sobie, że zanim odjadą, przekaże im jeszcze parę kąśliwych uwag na udany wieczór. Po paru krokach usłyszała jednak wołanie, wskutek którego odwróciła się i zatrzymała w miejscu. Właśnie podchodziła do niej Ann-Kathrin, na co wyłącznie przewróciła oczami.
   -Masz chwilę? - zapytała modelka, wsuwając dłonie do kieszeni kurtki. -Możemy pogadać? Zajmę ci co najwyżej kilka minut.
   -Skoro musimy. - westchnęła ironicznie, powtarzając jej gest. -Okej.
   -Chcę ci tylko powiedzieć, że podzielam zdanie Forniego. - zaczęła, spoglądając na nią. -On w ciebie wierzy i ja także. Myślę, że faktycznie jesteśmy w stanie coś osiągnąć, bo pasujesz do jego koncepcji i nadajesz się do tej choreografii. Będę cię wspierać, choćby dlatego, że zależy mi na karierze naszej ekipy.
   -Dzięki. - Irmina z trudem zdobyła się na uśmiech, a jeszcze więcej kosztowało ją, by był szczery. -Wybacz, Ann, nie umiem inaczej z tobą rozmawiać... Mam nadzieję, że rozumiesz.
   -No właśnie nie, Irmina. - zaprzeczyła odważnie. -Nie wiem, za co aż tak bardzo mnie nienawidzisz, ale nie zamierzam na ciebie naciskać, skoro sama mi tego nie wytłumaczysz. Może się mylę, lecz chyba nie zrobiłam ci nic złego ani krzywdzącego...
   -To długa historia, nie chcę o tym myśleć, nie teraz. - ucięła krótko, odwracając wzrok. -Prawda, nie jesteś świadoma tego, co się stało, ponieważ nigdy nikomu o tym nie wspominałam. To trudne.
   -Więc dlaczego każesz mi przez to cierpieć? Nasze kłótnie niszczą atmosferę w zespole, a to rani Marcela. Na pewno da się temu jakoś zapobiec...
   -Mam niełatwy charakter. - wzruszyła ramionami, zachowując pozorną obojętność. -Wiem, bo słyszałam to wiele razy... Nie bierz sobie moich uwag do serca, często rzucam je w złości. Po prostu powoli wybaczam.
   -Ale co? - w głosie AK było już wyczuwalne napięcie i zdenerwowanie. Nie rozumiała jej ani trochę. -Jeśli cię zraniłam, to nieświadomie, ale powiedz mi wreszcie, o co chodzi!
   -To nie jest dobry moment. Obiecuję, że wrócimy do tego później, ale ja potrzebuję czasu, okej? A teraz przepraszam, muszę uciekać.
   -Podwieźć cię? - długowłosa blondynka nie dawała za wygraną. -Mój chłopak mnie odbiera...
   Jej rozmówczyni zamyśliła się, zastygając w bezruchu. Przypomniała sobie odbytą pewnego, styczniowego popołudnia luźną pogawędkę z Julią, kiedy napomknęła między innymi, że Ann-Kathrin spotyka się z... Tak, z Mario Götze. Gdyby pojawił się ze swym czcigodnym kompanem, wielkim i przystojnym Marco Reusem, prawdopodobnie wykorzystałaby okazję i poznała przyszłego męża najbliższej znajomej. W przeciwnym przypadku, jak ten, nie miała najmniejszej ochoty.
   -Zaparkowałam auto po przeciwległej stronie parkingu. - odparła z uśmiechem, wyciągając z kieszeni kluczyki. -Więc bardzo dziękuję, ale odmówię.
   Ann nie odpowiedziała, zatem Irma oddaliła się ślamazarnie do czerwonego Audi, ukradkiem wypatrując luksusowego wozu Götze. Może jednak towarzyszy mu Reus, a jego twarz rzuci jej się w oczy. Problem w tym, iż nawet nie przypuszczała, jaki szok by wtedy przeżyła.

~~~

23. lutego 2014, niedziela
   Wysiadł właśnie z klubowego autokaru po powrocie z meczu w Hamburgu. W fatalnym nastroju, bo drużyna niespodziewanie poniosła porażkę, a on sam przesiedział pierwszą część batalii na ławce rezerwowych, natomiast po pojawieniu się na boisku nie umiał pomóc kolegom, wręcz przeciwnie - zapisał na swoim koncie żółtą kartkę. Na dodatek nie odzyskał jeszcze kontaktu z Irminą, co zaczynało go zwyczajnie drażnić, więc postanowił zastosować ostatnią radę Samanthy i odezwać się do niej. Ale nie dziś. Jedyne, na co dziś go stać, to frustracja i obraza na cały świat.
   Treściwie pożegnał się z chłopakami i automatycznie udał się do samochodu. Jedyne, o czym marzył, to długa kąpiel i ogromne łóżko, ale doskonale wiedział, że musi jeszcze zrobić zakupy w centrum handlowym, żeby jutro rano nie umrzeć z głodu i znaleźć siłę na zebranie się do treningu. W takie dni, jak dzisiejszy, żałował, że mieszka sam. Mógłby wprosić się na obiad do rodziców, lecz nie lubi zawracać im głowy, poza tym, dorósł już siedem lat temu i na razie radzi sobie świetnie. Więc po co mu dziewczyna? Codziennie budzi się szczęśliwy ze świadomością, że może grać w piłkę. Żyje z nią w symbiozie i tak jest najlepiej.
   Z grymasem na twarzy przemierzał alejki w dziale spożywczym na terenie galerii, licząc, iż nie zostanie rozpoznany. Nawet nie przeszło mu przez myśl, aby rozdawać autografy, a tym bardziej pozować do zdjęć w takim humorze, zatem gdy tylko ktoś się do niego zbliżał, zakrywał policzek dłonią, poprawiając przy tym czapkę z daszkiem. W samo niedzielne południe niewiele osób kręciło się po sklepie, część dopiero wstaje, inni idą do kościoła. Nie czuł zagrożenia trzeciego stopnia, jednak doświadczenie nauczyło go, że przezorny zawsze ubezpieczony, aczkolwiek zdarzało się, że i o tym zapominał. Nie wiedział, jak to się stało, iż wpadł na niższą od siebie kobietę z koszykiem do połowy wypełnionym produktami. Oboje zapatrzeni w towar na półkach, nie zauważyli, ze stwarzają dla siebie niebezpieczeństwo. Jego ofiara odwróciła się, niby zestresowana, na co Reus przeklął cicho i schylił się, by pozbierać to, co wypadło na podłogę. Głupi zawsze ma szczęście - mleko w butelce, kilka jogurtów i świeże bułki, nie musiał się nadwyrężać. 
   -Przepraszam, nie widziałem cię. - mruknął, wrzucając żywność z powrotem na jej miejsce. -Wszystko w porządku?
   -Nic mi nie jest. - zapewniła, podnosząc wzrok, a wtedy ich spojrzenia się spotkały. Uśmiechnęli się do siebie. On stwierdził, że głupi rzeczywiście ma szczęście, bo napotyka dobre sztuki nawet w spożywczaku. Ona zadowolona, bo trafnie rozpoznała Marco Reusa. Pierwszy etap planu się powiódł. -Dziękuję za pomoc. Reszta dżentelmenów na pewno szukałaby najkrótszej drogi ucieczki.
   -Czasami też szukam, czasami nie. Zostałaś wybrana.
   -Miło mi. - roześmiała się sztucznie, wyciągając do niego rękę. -Jestem Ina.
   -Marco. - uścisnął ją, wciąż lustrując twarz nowej, uroczej nieznajomej, poznanej zresztą nieprzypadkowo. -Co cię tu sprowadza? Normalni ludzie o tej porze dopiero otwierają oczy.
   -Jeżeli chciałeś mnie obrazić, to zauważ, że też jesteś nienormalny. - odgryzła się, unosząc brwi, na co blondyn uśmiechnął się półgębkiem. Zadziorna. Chyba ma nawet podwójne szczęście.
   -Niedawno wróciłem z Hamburga. - wyjaśnił na swoją obronę. -Na zakupy wpadłem po drodze, bo w mojej lodówce znajduje się tylko światło i tak się składa, że czas mnie trochę goni, ale... Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.
   -Niewątpliwie. Imprezujesz?
   -Rzadko, ale nie odmawiam. - przerwał na moment, gdy dostrzegł, że Ina wystukuje coś w swoim telefonie. -Praca nie pozwala mi na wiele, mam obowiązki, muszę się kontrolować.
   -Rozumiem. - rzuciła, podsuwając aparat pod nos zaskoczonego chłopaka. -Zapisz i jak tylko będziesz się gdzieś wybierał, zadzwoń. Chętnie wyrwę się z tobą z mieszkania.
   -Nie ma sprawy. - zrobił, jak poleciła, by następnie pożegnać się i odejść, nie chcąc kraść mu cennych minut. Kiedy tylko piłkarz zniknął jej z pola widzenia, wyciągnęła z kieszeni kolejną, autentyczną komórkę i natychmiast wybrała numer ze spisu kontaktów.
   -On jest obrzydliwy. - jęknęła, słysząc głos w słuchawce. -Mario, no weź, jak możesz zadawać się z kimś takim?
   -Rozmawialiście? -spytał Götze, puszczając pretensje Toennes mimo uszu. Westchnęła ciężko. 
   -Tak, ale krótko, bo spieszył się, dzięki Bogu.
   -Mówiłem, że będzie zmęczony. I jak poszło?
   -Okropnie! - krzyknęła rozczarowana. -Jadąc do tej galerii, modliłam się, żeby nie okazał się takim dupkiem, na jakiego wygląda. Nie wypadł źle, ale wlepiał we mnie te swoje ślepia, jakby zamierzał z marszu zaciągnąć mnie do IKEI i przelecieć na pierwszym z brzegu łóżku wystawowym. Podałam mu też numer z karty, którą kupiła Ann-Kathrin, no i się rozstaliśmy. Wszystko, dziękuję za uwagę.
   -Umówiliście się? - dociekał brunet. Ina przełożyła smartfon do drugiej dłoni, by sięgnąć po zawieszoną na haczyku gumę do żucia.
   -Nie, ale prawdopodobnie niedługo da znać, że wychodzi do Cocaine, więc przecierpię to i ruszę tyłek razem z nim. Czego nie robi się w imię przyjaźni.
   -Ann przekazuje, że jesteś niezastąpiona i że kocha cię najmocniej na świecie. Ale to akurat kłamstwo. - dodał i roześmiali się oboje.
   -Jeszcze mi za to zapłaci! - z przyzwyczajenia pogroziła mu palcem. -Wymyślę takie zadośćuczynienie, że będzie je odpłacała do końca życia.
   Przekomarzali się jeszcze trochę, nie szczędząc żartów i uszczypliwości. A Reus? Reus w tym samym czasie ruszał już w drogę powrotną do domu, nie wiedząc, co myśleć. Laska spoko, sympatyczna, otwarta, bezpośrednia, odważna, ładna także. Ale wyłapał w niej tą małą nutkę nieszczerości, nie z takimi już współpracował. A czy instynkt go nie zawiódł, to się dopiero okaże.

~~~

26. lutego 2014, środa
   W klubie bawiła się niewielka liczba osób. W zasadzie to za dużo powiedziane, gdyż zwyczajnie podrygiwali w rytm muzyki. W ciągu tygodnia Marcel i Robin nie organizują dużych imprez, ponieważ doskonale zdają sobie sprawę, że znaczna część ludzi, odwiedzająca ich w weekendy, nazajutrz wstaje do pracy. Drzwi ich lokalu zawsze jednak pozostają otwarte dla tych, którzy nudzą się w domu i wyciągają znajomych na piwo lub drinka. Skromna dawka rozrywki jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
   Irmina należała do tej części niemieckiego społeczeństwa, która zdecydowanie popierała tą teorię. Wyczerpana po zajęciach z najmłodszymi podopiecznymi, nie chciała jednak wracać do siebie, gdyż przebywając sam na sam z własnymi rozterkami, zbyt wiele z nich sprowadzała do Marco. Nie mając wielkiego pola do popisu, wiedząc, iż Julia po raz kolejny spotka się z Marcelem i nie znajdzie dla niej czasu, odwiedziła Robina i jego znajomych. Pragnęła zwierzyć się komuś, kto podniesie ją na duchu i do tego zadania upatrzyła sobie właśnie Kaula. Postrzegała go jako faceta sympatycznego i zabawnego, ale rozsądnego, kiedy trzeba. Mogła mu ufać. I często to robiła.
   -Przyjedź w końcu taksówką, żebyśmy porządnie się napili. - rzucił ze śmiechem, stawiając przed nią naczynie z gorącą czekoladą. -I żebyśmy nie musieli sobie żałować, też nam się coś należy.
   -Obgadamy to kiedyś z Jull i Fornim, obiecuję. - odpowiedziała z uśmiechem. -Może niedługo okaże się, że zostali parą, a wtedy napatoczy się nawet okazja.
   -Chciałabyś, żeby tak się stało? - spojrzał na nią zaciekawiony. Kąciki jej ust szybko opadły i wzruszyła ramionami.
   -Życzę im jak najlepiej, jeśli oboje zdecydują, że faktycznie są sobie pisani, ale boję się też, że Julia odsunie mnie przez to na dalszy plan. Nie będę się z nią kłócić o faceta, jednak czuję, że nasza przyjaźń na tym ucierpi.
   -Ech, źle do tego podchodzisz. - ocenił Robin, opierając się plecami o skórzaną kanapę. -To raczej chwilowe. Poprzestawiało im się w głowie od tego zauroczenia, lecz w związku zachowywaliby się zupełnie inaczej. Przecież pracujecie razem, spędzacie ze sobą mnóstwo czasu. A ja też nie dam Fornellowi się spławić, niech nawet nie śni, że sam zajmę się klubem.
   -Nie zostawi cię z tym, jestem przekonana. Pewnie koloryzuję i wyolbrzymiam, ale niekiedy odnoszę przy nich wrażenie bycia piątym kołem u wozu. To smutne.
   -Wyluzuj, daj im spokój. - polecił, opiekuńczo gładząc ramię dziewczyny. -Znasz Jull od dziecka, jak ja Marcela. Różne rzeczy przychodzą im do głowy, ale nie zapominają o tym, co ważne.
   -Masz rację. - westchnęła, obracając w palcach postawiony na stoliku kubek. -Poczekamy i zobaczymy, co się z tego urodzi.
   -I prawidłowo. Choć jeśli mam być szczery, nie rozumiem, dlaczego narzekasz. - uniósł brwi, gdy zerknęła na niego pytająco. -Słyszałem, że ty też nie próżnujesz z randkowaniem. Wybacz, Marcel ma długi język, wygadał się. Nie zdradzaj szczegółów, jeśli nie chcesz.
   Poruszył ten temat w idealnym wręcz momencie - Irmina potrzebuje pomocy, on z kolei zaspokoi swoje zainteresowanie. Ilekroć bowiem docierały do niego wieści dotyczące postępowania Reusa wobec młodszej od niego tancerki, tracił do niego zaufanie. Jako jeden z nielicznych znał bolesną tajemnicę z przeszłości piłkarza, co w żadnym stopniu nie uprawniało go do bycia dupkiem. Nie podzielał także pomysłu ze spiskiem Fornella, aczkolwiek odciąwszy się od niego całkowicie, milczał w obecności blondynki. Prawdopodobnie to zła taktyka, ale nie zamierzał odpowiadać za niczyje błędy.
   Cierpliwie słuchał więc historii swojej koleżanki, podczas gdy w tym samym czasie Marco Reus wysiadał z Astona Martina, zaparkowawszy go parę sekund wcześniej pod Cocaine. Rano Borussia przyleciała z zimnego Petersburga, gdzie wczoraj pokonała miejscowy Zenit, a on dołożył do zwycięstwa swoją cegiełkę, dzięki czemu rozpierała go duma i energia. Zeszłotygodniowy nastrój ulotnił się błyskawicznie, więc postanowił jak najszybciej pochwalić się chłopakom. Nie dzwonił do Iny, nie chciał zabierać jej w swoje towarzystwo i wystawiać na jego uwagi. Poświęci jej wieczór następnym razem.
   Podążył prosto do baru, gdzie od Armina dowiedział się, iż Marcel skończył wcześniej, natomiast Robin wyszedł na moment na zewnątrz. Nieco niezadowolony z obrotu wydarzeń, którego się nie spodziewał, postanowił poczekać na niego w boksie, który zawsze zajmują całą paczką. Wszedł zatem po schodach na górę i bardzo się zdziwił, gdy na jednym z miejsc leżała kobieca torebka. Zmarszczył brwi, w zawrotnym tempie łącząc fakty. Fornella nie ma, więc pewnie urzęduje z wybranką swego serca, żadnej z partnerek swoich przyjaciół nie minął, odkąd się pojawił... Z miną pilnego detektywa oparł się o barierkę naprzeciwko i spojrzał w dół. Była tam. Wyróżniała się w tłumie doskonałością umiejętności tanecznych, świetnie bawiąc się z jednym z jego kumpli. Obserwowanie ruchów jej bioder sprawiało mu czystą przyjemność, po raz pierwszy widział ją w akcji, robiącą to, co naprawdę kocha. I w ciągu tej minuty uznał, że jest zwyczajnie perfekcyjna. Mogłaby zostać jego prywatną dancing queen, gdyby tylko się postarał. Co nie oznaczało jednak, że wykluczył tą możliwość.
   Po skończonym kawałku Darko podziękował jej za krótką lekcję tańca i rozstali się w koleżeńskiej atmosferze. Irmina biegła właśnie w jego kierunku, zapewne po swoją własność, nie przypuszczając, że dostanie w pakiecie jego obecność. I rzeczywiście, kiedy napotkała jego wzrok, zatrzymała się zaskoczona, lecz zrezygnowała z wykonania dalszych kroków. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w drogę powrotną, ale nie zamierzał odpuścić. Dogonił ją, jeszcze zanim trafiła na schody i łapiąc za biodro, przyciągnął do siebie. Zderzyła się z jego ciałem, po czym w nozdrza ich obojga uderzyły znane im już zapachy perfum. Minął moment, nim doprowadzili swoje umysły do stanu równowagi.
   -Zostaw mnie. - syknęła, usiłując strącić jego dłoń, udaremniał jednak każdą próbę. Nie miała z nim szans.
   -Nie zabierzesz swojej torebki? - spytał złośliwie, spoglądając na nią z ukosa. Nerwowo założyła włosy za ucho. -No chyba, że nie wybierasz się jeszcze do domu.
   -Poproszę znajomego, żeby ją przechował, odbiorę później.
   -Weź ją, nie utrudnię ci tego.
   -Marco, puść mnie, proszę. - jęknęła, wciąż trwając w bezruchu, odkąd zblokował jej ramię. Bała się choćby odwrócić głowę. -Inaczej będę musiała narobić ci problemów z ochroną i zwrócić na nas uwagę wszystkich tych ludzi.
   -A nie możemy po prostu porozmawiać, jak cywilizowani państwo w XXI wieku? - zaproponował, rozluźniając uścisk, by jej nie straszyć. -Unikasz mnie. Rozumiem, dlaczego, ale chcę to wyjaśnić. Potem zniknę, słowo honoru.
   -Dobrze, ale przestań krępować mi ręce. Nie ucieknę, obiecuję.
   Wahał się, ostatecznie spełniając jej prośbę. Zrobiła krok w przód, wzięła głęboki oddech, a następnie odwróciła się do niego. Patrzył na nią z posępnym wyrazem twarzy, zastanawiając się, co właściwie jej powie. Zacisnęła usta, kiedy gestem ręki zaprosił ją do stolika, przy którym usiedli.
   -Przepraszam za tamto. - zaczął skruszony. Znów używał słów z szarego końca swojego słownika, jednak to się obecnie nie liczyło. -Nie wiem, co we mnie wstąpiło, zaprzeczyłem samemu sobie... Są takie dni, gdy nad tym nie panuję. Skrzywdziłem cię, prawda?
   -Tak naprawdę, najbardziej zabolało to, iż ostatecznie mierzyłam się z tym sama. Zarzekałeś się, że nie szukasz dziewczyny, a wtedy... Było mi zwyczajnie przykro. Nie miałam pojęcia, co o tobie myśleć i nadal nie mam.
   -Nie potrafię ci tego logicznie wytłumaczyć. - uśmiechnął się lekko, wbijając wzrok w blat. -Chyba tego potrzebowałem... I jednocześnie nie chciałem doprowadzić do sytuacji, której oboje byśmy żałowali.
   -Skąd wiesz, że bym żałowała?
   -A nie? Słabo się znamy, w dodatku ta znajomość wychodzi nam w kratkę, głównie przeze mnie.
   -Nie zaprzeczę. - uśmiechnęła się kąśliwie. -W ułamku sekundy zmieniasz się z dżentelmena w kretyna. Cholera, i chyba właśnie za to cię lubię.
   -Poważnie?
   -Tak. - wzruszyła ramionami, obrysowując paznokciem materiał torebki. -Stanowisz wyzwanie, a ja podejmuję każde. Znalazłeś mój nieśmiertelnik, chcę się odwdzięczyć. Nie zaprosiłam cię do mieszkania, żebyśmy poszli do łóżka, o tym możesz zapomnieć.
   Uniósł brwi, przygryzając wargę. Jakiś tajemniczy głos podpowiadał mu, że Irmina nie mówi prawdy, lecz nie zamierzał tego drążyć, gdyż wystarczało mu to, co widział z własnych domysłów. Gdyby nie zniszczyła mu fryzury, brnęliby w to dalej, a finał tej namiętności prawie na pewno przeżywaliby w jej sypialni. Więc niech nie opowiada bzdur, bo on i tak osiągnie cel, którego szalenie pragnie, a że lubi podnosić sobie poprzeczkę, musiał ją tamtego wieczora wyhamować.
   -Załóżmy, że ci wierzę. - odparował bezczelnie, pochylając się nad stolikiem. Chciała się odszczekać, lecz nie pozwolił jej dojść do słowa. -Pomijając szczegóły, pomyślałem, że warto w miarę efektownie naprawić to, co popsułem, dlatego chciałbym cię gdzieś zaprosić w najbliższy weekend. Piątek lub niedziela, jak tobie wygodniej.
   -A co to takiego? - wpatrywała się w niego, krzyżując ręce na piersi. -Pytam zapobiegawczo, żeby uświadomić ci, że towar ekskluzywny w postaci kolejnego koncertu albo czegoś podobnego odpada automatycznie.
   -Zostaniemy w mieście, przysięgam. - położył dłoń po lewej stronie klatki piersiowej na znak składanej obietnicy. -Więc jak, zgadzasz się?
   -Tak. - oświadczyła dosadnie, chłonąc każdą emocję z jego twarzy. Tryumfował. Postawił na swoim i znowu wygrał. -Masz w sobie coś tak przekonującego, iż nie potrafię inaczej. Ale spokojnie - nauczę się.
   Roześmiał się, kręcąc z niedowierzaniem głową. Wcale nie chodziło o to, że rozbawiły go jej słowa - jego ego zwyczajnie nie dawało za wygraną i nie wierzył jej ani trochę.
   -Okej. Poczekam.

***

Co to nastąpiło w tego Sylwestra!
Tu ślubują, tam się zaręczają... Osobiście jestem przeszczęśliwa, bo Montana jest cudowna i kibicuję jej związkowi z Andre od samego początku, dlatego cieszę się strasznie, że zrobili krok do przodu ♡ Natomiast Marco, hmm... Przeżyłam ciężki szok, bo skoro Marcello, Kaul etc. zostali w Dortmundzie, to z kim on poleciał do tego Dubaju?! :D Swoją drogą powtórzę się, no ale OMFG mamooooooo, jaki on ma świetny kapelusz

Wracając do blogerskiej rzeczywistości: Kochane, wiem, że ostatnio rozdziały pojawiają się nieregularnie, jeśli chodzi o to opowiadanie. Nie zawieszę go, ale postanowiłam jednak bardziej skupić się na zakończeniu bloga o Lenie, żeby później wszystkie swoje siły przenieść tutaj. Jeśli tylko będę miała coś napisane, powiadomię Was o tym w zakładce 'Informacje' lub też na drugim blogu. Poza tym, fajnie byłoby móc poczytać duuużo Waszych komentarzy, jak jeszcze całkiem niedawno :)

Na koniec jeszcze raz wszystkiego dobrego w Nowym Roku!♡

wtorek, 15 grudnia 2015

Czternaście: (Nie)obojętność


And now I don't understand it
You don't mess with love, you mess with the truth
And I know I shouldn't say it
But my heart don't understand...

16. lutego 2014, niedziela
   Siedziała na kanapie w salonie, owinięta kocem, z kubkiem gorącej czekolady w ręku. Od dwóch godzin beznamiętnie wpatrywała się w jeden punkt - leżące na stoliku przed nią pudełko ze słodkościami. Znajdowało się tam od piątkowego wieczoru i do tego czasu nie zmieniło swego położenia nawet o milimetr, zapewne dlatego, że ostatecznie poniosło całą winę za to, co się wtedy stało.
   Próbowała zrozumieć, co zrobiła źle. Nie wykonała żadnego, gwałtownego ruchu, który mógłby zostać przez niego źle odebrany. To nie ona zaczęła, ale i nie skończyła. Do niczego go nie zmusiła, nie sprowokowała... Nie czuła się winna. A on? Obiecał, że razem zjedzą te czekoladki i nie zostawią nawet jednej, więc mógł chociaż wywiązać się z tego zobowiązania!
   Odstawiła naczynie na podłogę i z bezradności schowała głowę w kolanach. Po kilku minutach trwania w tej całkiem wygodnej pozycji zadzwonił dzwonek do drzwi, przez co jęknęła z niezadowoleniem. Nie chciała się z nikim spotykać, a już na pewno nie w tym stanie, jednak szybko dotarło do niej, że to niemożliwe. Niechętnie wygrzebała się spod ciepłego koca i powłócząc nogami, przeszła do niewielkiego korytarza.
   -O mój Boże. - usłyszała z ust przyjaciółki, na co jedynie obdarzyła ją mętnym spojrzeniem, z trudem utrzymując równowagę, gdy dziewczyna rzuciła się na jej szyję. -Irma, kochanie... Wyglądasz jak stuletnia babcinka, brakuje ci tylko laseczki! Albo wózka inwalidzkiego... Albo trumny.
   -Też się cieszę, że cię widzę. - mruknęła dla formalności, choć wcale tak nie uważała. Zdecydowanie wolałaby położyć się do łóżka i zasnąć, ale doskonale wiedziała, że nie to ją teraz czeka. -I ciebie też, Marcel.
   Uśmiechnęła się na myśl, że przyjechali razem. Nie powinna być zaskoczona, choć nie kontaktowała się z nimi przez cały weekend, więc nie wiedziała, jak przebiegła ich randka. Teraz już wie - najwyraźniej wypaliła, bo już od progu dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Pojawiło się małe światełko w tunelu i być może dzięki niemu Fornell spełni wreszcie swoje marzenie i zdobędzie serce Julii. Życzyła im tego z całego serca.
   -Wzajemnie. - odszczeknął się chłopak, ściągając kurtkę. -A teraz wyjaśnij nam, proszę, co się z tobą działo przez ostatnie dwa dni. Nie pojawiłaś się wczoraj na próbie, nie odbierałaś telefonu... Kurwa, prawie dostaliśmy zawału! - niekontrolowanie uniósł głos, wymachując przy tym rękoma. -Chyba należy nam się jakieś wytłumaczenie.
   -Byłam w domu. - mruknęła, idąc do kuchni, by przygotować coś do picia. -I nigdzie nie wychodziłam.
   -No raczej, w takim stroju nie pokazałabyś się nawet na otwarciu kanałów ściekowych. - rzuciła uszczypliwie Wessler, ignorując oburzenie dziewczyny. -Powiedz nam, o co chodzi.
   -O Marco, prawda? - na dźwięk jego imienia wypuściła z dłoni puszkę z herbatą, której zawartość rozsypała się, na szczęście, tylko na blacie. Marcel westchnął. -No tak, a o co mogłoby chodzić...
   -Przestań. - warknęła Kastner, usiłując skupić się na poprawnym wykonywaniu czynności, co zaczęło sprawiać jej niemałe trudności. -Nic nie ogarniacie... Ja w sumie też nie.
   -Zostaw to, pogadamy. - Jull pociągnęła ją za rękę w stronę sofy. -Już późno, wpadliśmy tylko na chwilę.
   -Ale...
   -Nie uschniemy z pragnienia. - oponowała, niemal siłą sadzając ją na kanapie, z której Marcel nieruchomo obserwował wyhaczone już pudełko, jak ona jeszcze do niedawna. Rozpoznał je. To ulubione czekoladki Reusa i gdyby mógł, jadłby je tonami. -Gadaj, co się stało?
   -Ani przez chwilę nie pomyśleliście, że wolałabym zachować to dla siebie, prawda? - oboje pokręcili przecząco głowami, więc zrezygnowana uderzyła plecami w oparcie. -Naprawdę nie chcę.
   -Irmina, zrobił ci coś? - Forni zapytał wprost, ściągając na siebie wzrok obu dziewczyn. -Krzyczał na ciebie? Uderzył? Zmusił do czegoś? Może próbował...
   -Nie. - ucięła krótko, uciekając oczami w przeciwną stronę. -Nie, nie i jeszcze raz nie. Fakt, nie zachował się fair, ale może ja też przegięłam...
   -To znaczy?
   -Nie odpuścicie, co? - odszczeknęła się, znów zerkając na nich przelotnie. Wzięła głęboki wdech, po czym ze świstem wypuściła powietrze przez usta. -Okej, niech będzie... Przecież nic nie stracę.
   Marcel i Jull posłali sobie porozumiewawcze spojrzenie, natomiast Irma zacisnęła powieki, by ze szczegółami odtworzyć przebieg zdarzeń sprzed kilkudziesięciu godzin.

"Szybko dostrzegła, że obserwuje ją zupełnie inaczej, niż dotychczas. Jego tęczówki błyszczały, rozchylił delikatnie wargi, lecz nie odezwał się ani jednym słowem. Wpatrywał się w nią, jakby zamierzał prześwietlić wszystkie krążące w jej umyśle myśli. Peszył ją, dlatego zaprzestała ścierania z jego policzka czekoladowej mazi, składając chusteczkę na pół.
-Gotowe. - powiedziała, usiłując opanować drżący głos, lecz gdy chciała się odsunąć, zacisnął rękę na jej biodrze, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Zaskoczona odwróciła się ku niemu, po raz kolejny zatapiając się w zielono-brązowych źrenicach chłopaka.
-Nie sądzę. - wychrypiał, wolną dłonią wskazując wprost na swoje usta. -Jeszcze tutaj.
Przełknęła głośno ślinę, nie mając pojęcia, co powinna zrobić. Marco natomiast odebrał jej brak reakcji jako jednoznaczne pozwolenie na dalsze działanie, gdyż parę sekund później ujął jej twarz w dłonie i zachłannie musnął usta dziewczyny. Potrzebowała krótkiego momentu, by zastanowić się, co dalej. Oddała ten pocałunek. Miał ciepłe, miękkie wargi, idealnie komponujące się z jej nabrzmiałymi, spragnionymi tej pieszczoty. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jej wtedy pożądała. Nie brakowało jej mężczyzny u boku, nie narzekała na samotność, bo całym sercem kochała taniec. A ten jeden, gburowaty, bezczelny milioner zmieniał właśnie większość jej dotychczasowych światopoglądów.
Gwałtownie przyciągnął ją do siebie, upajając się cichym westchnieniem, wydobywającym się z jej gardła. Miał ją. Zdobył ją właśnie teraz, po prostu dostał w prezencie, jak zaplanował. Zrozumiał to błyskawicznie, przez co domagał się coraz odważniejszego dostępu do jej ciała. Gładził plecy dziewczyny, podczas gdy ona opierała palce na jego torsie. Oboje systematycznie zatracali umiejętność samokontroli. Był już gotowy włożyć ręce pod jej pośladki, ale Irmina, nieświadomie, jednak jakby przeczuwając, co się stanie wsunęła dłoń w jego ułożone włosy, przeczesując je niedbale i zapalając tym samym kontrolkę. Zastygł w bezruchu, by następnie uwolnić jej usta i odsunąć się na bezpieczną odległość. Wciąż łapali oddech, wciąż starali się pojąć, jakim cudem, aczkolwiek nie potrafili już na siebie patrzeć. Uczucia i emocje przesuwały się tak szybko, że niektórych z nich nie byli w stanie zarejestrować. I nie musieli.
-Przepraszam. - rzucił w końcu Marco, unikając jej wzroku. -Moja wina.
-Moja także. - zaoponowała, skubiąc skórki swoich paznokci. -Chyba byłam zbyt nachalna...
-Po prostu nie powinniśmy i tyle. - podsumował piłkarz, energicznie podnosząc się z kanapy. Wiedziała, że już nie uratuje tego wieczoru. -Będę się zbierał, dzięki za zaproszenie.
-Marco, ja...
-Świetnie gotujesz. - przerwał jej, zapinając kurtkę. Nie miał pojęcia, czy ucieczka to dobry pomysł, lecz nie potrafił znaleźć lepszego. -Do zobaczenia... Chyba.
Zbierała słowa na jakąkolwiek odpowiedź, ale chłopak zdążył się ulotnić, zostawiając ją z totalnym natłokiem myśli. Oraz pustą butelką po winie i niedokończonymi czekoladkami."


   -I nie, nie byłam pijana. - dodała, by przyjaciele nie zasypali jej pretensjami o niewielką ilość alkoholu. -W przeciwnym razie na pewno skończylibyśmy w łóżku.
   -Włosy... - mruknął Marcel, nie umiejąc ukryć uśmiechu. Zdziwiła go reakcja piłkarza: od miesiąca przysięgał, że ją uwiedzie i wykorzysta, tymczasem bardziej martwił się o fryzurę, niż o niewypełnione zadanie, co jednak nie zmieniało faktu, iż Reus zranił kolejną kobietę. Zmarszczył brwi. -Zabiję go.
   -Co? - Irmina spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, dzięki czemu zrozumiał, że powiedział to na głos. -Przecież go nie znasz...
   -Tak mi się wymsknęło. - zrzędził, obmyślając jednocześnie przebieg prawdopodobnie nieprzyjemnej rozmowy z Marco. To nie w jego stylu, pozostawić tą sprawę bez echa. -Ale mogę go znaleźć, jeśli mi pomożesz. Może bywa w Cocaine?
   -Bywa, nie raz minęliśmy się przed klubem... Ale to nieistotne, zapewne więcej się nie zobaczymy.
   -I przykro ci z tego powodu. - zauważyła Wessler, na co druga z tancerek jedynie wzruszyła ramionami. -Nie ściemniaj, widzę, że tak. Mała, jeśli możemy cię jakoś wesprzeć, daj znać. To nie pierwszy i nie ostatni prostak, łażący po ziemi. Trafisz kiedyś na fajnego chłopaka, bo na takiego zasługujesz. Mamy jeszcze zostać czy wolisz, żebyśmy sobie poszli?
   -Wszystko mi jedno...
   -Wrócimy do tego później. - oświadczył Fornell, podnosząc się z miejsca. -Znamy cię, chcesz to na spokojnie przemyśleć, prawda? Widzimy się jutro na próbie? Właśnie, próba... Prawie zapomniałem! W sobotę mieliśmy gościa. Irma, dostaliśmy zaproszenie na Ogólnokrajowe Mistrzostwa Taneczne... A to oznacza, że mamy szansę otrzymać przepustkę na Broadway. Rozumiesz? Dwójka najlepszych tancerzy w Niemczech wyjedzie na stypendium do Nowego Jorku!
   -To świetnie. - uśmiechnęła się, wsuwając dłonie do kieszeni swojego dresu. -Całkiem fajna inicjatywa. I sądzisz, że jesteśmy w stanie wygrać?
   -To wysoce prawdopodobne, jeśli ty weźmiesz w tym udział. - przewrócił oczami, gdy zmarszczyła czoło. -Opracowałem już ramowy projekt naszego układu i wybrałem ciebie na jego główną bohaterkę. Uwierz mi lub nie, ale śnił mi się twój lot do Stanów. Grzechem będzie zmarnowanie tej okazji, więc zgódź się!
   -Nawet, jeśli tylko ty polecisz, wszyscy odniesiemy sukces. - wtórowała mu Wessler. -Pamiętasz, marzyłaś o tym w dzieciństwie, a teraz to do ciebie wraca w zupełnie realnej postaci. Ja bym się nawet nie wahała.
   -Weź to pod uwagę, a jutro oficjalnie obgadamy temat na forum grupy. - zakończył chłopak, przytulając ją na pożegnanie. -A teraz przestajemy cię już męczyć. Odpocznij i do zobaczenia niedługo.
   Gdy wyszli, zamknęła drzwi na klucz, po czym z ulgą opadła na sofę, ponownie otulając się kocem. Zaplanowali jej karierę na Broadway'u... Szkoda tylko, że w rozmowie kompletnie nie dali jej dojść do słowa.

~~~

17. lutego 2014, poniedziałek
   -Przepraszam, że zabrałem ci czas. - powiedział, zarzucając jej płaszcz na ramiona. -I za to, że cię szukałem, choć mówiłem, że dam ci spokój. Potrzebowałem tego. Potrzebowałem ciebie tutaj.
   -Jakkolwiek to zabrzmi, cała przyjemność po mojej stronie. - uśmiechnęła się do niego. -Miło znów cię zobaczyć.
   -Naraziłem cię na koszty... Zapłaciłaś za bilet na pociąg i wzięłaś urlop w pracy, bo miałem kaprys, by się z tobą kochać... Może chociaż sfinansuję ci powrót taksówką?
   -Marco, taksówką do Hannoveru? - spojrzała na niego, nie dowierzając, że wpadł na tak niepraktyczny pomysł. -To duży wydatek, choć tobie to obojętne, wiem, ale pociągiem dużo szybciej dotrę na miejsce. Nie kombinuj.
   -Okej. - wyszedł na moment do salonu i gdy znów stawił się w korytarzu, wręczył dziewczynie banknoty o wartości kilkudziesięciu Euro. -Resztę potraktuj jako bonus, na przykład... Jako zapowiedź kolejnej wizyty u mnie.
   -Sugerujesz, że jednak będziesz mnie jeszcze nękał? - przygryzła wargę, na co przyciągnął ją do siebie, wciąż trzymając jej dłoń. Między ich ciałami nie zmieściłaby się teraz nawet kartka papieru.
   -Może po prostu zabiorę cię na obiad? - wymruczał do jej ucha, obejmując wargami jego płatek. -Albo na mecz. Co ty na to?
   -Zastanowię się...
   -Samantha, jeśli z jakiegoś powodu powinienem się od ciebie odczepić, podaj mi go, nie owijając w bawełnę. - rzucił, odsuwając się od niej na parę centymetrów, by zlustrować twarz dziewczyny. -Myślisz pewnie, że jestem w stanie zaoferować ci tylko przygodę w łóżku albo wypad do ekskluzywnej restauracji, lecz nie do końca o to chodzi. Widzisz, dobrze się z tobą rozmawia, mam wrażenie, że mnie rozumiesz. Że rozumiesz, dlaczego to robię. Dużo przeżyłem z moją ostatnią dziewczyną, lecz źle się to skończyło... Nie szukam związku, nie nadaję się do tego.
   -Więc czego oczekujesz od Irminy? - spytała, nie spuszczając z niego wzroku. To było sednem ich nocnego spotkania.
   -Nie mam pojęcia. - westchnął bezradnie, ostrożnie wypuszczając ją z objęć. -To zawiłe, a i ona sama jest strasznie skomplikowana. Jeśli wejdziesz jej za skórę, zrówna cię z ziemią, ale gdy myśli, że dopiero co się poznaliście, potrafi wykrzesać z siebie odrobinę sympatii.
   -Zależy ci na niej.
   -Rozmawialiśmy o tym przed chwilą. - odgryzł się z kąśliwym uśmiechem. -Ale przyznaję, że coś każe mi ją rozgryzać, dopóki się nie uda. Nie wiem, jaki ma charakter, chcę się zemścić, tworzy paczkę z moimi przyjaciółmi... Może coś z tych rzeczy.
   -Albo nie jest ci obojętna.
   -Przesadzasz. - zmrużył oczy, doprowadzając ją do rozbawienia. -W sumie... Tak, pewnie nie jest, ale nie w sensie, do którego pijesz. Nie zostanie moją partnerką.
   -Uparciuch z ciebie. - stwierdziła, przesuwając dłonią wzdłuż jego klatki piersiowej, po czym wspięła się na palce na wysokość jego ust. -Ale gdybyś kiedyś się rozmyślił, rezerwuję sobie pierwszeństwo.
   -W porządku. - odpowiedział, odchylając kciukiem dolną wargę Samanthy. -Doceniam twoją odwagę.
   Każde następne pytanie, tłumaczenie, prośba czy słowo, okazało się zbędne. Marco przycisnął ją do ściany, blokując jej nadgarstki tuż przy biodrach i pocałował zachłannie, nie dając szans na jakąkolwiek reakcję. Nie opierała się, ponieważ nie miała takiej możliwości, lecz odbieranie jej w ten sposób swobody, w tej sytuacji, sprawiało mu przyjemność. Oboje zdawali sobie sprawę, że powtórka minionej nocy czai się tuż za rogiem i nie będą protestować, jeśli faktycznie do niej dojdzie. Nie było im jednak dane nawet przeniesienie się do sypialni, ponieważ usłyszeli trzykrotne walenie do drzwi, po czym otworzyły się i w progu ujrzeli niskiego bruneta o postawnej budowie ciała. Obserwował ich speszony, poirytowany, gniewnie marszcząc brwi. Gdy bezceremonialnie wszedł do środka, Samantha zerknęła ukradkiem na piłkarza.
   -Spóźnię się na pociąg. - szepnęła, przewieszając przez ramię torebkę, po czym zapięła płaszcz i przytuliła go na pożegnanie. -Do usłyszenia, Marco.
   Opuściła głowę, znikając w korytarzu klatki schodowej. Blondyn zamknął za nią drzwi i odwrócił się w stronę swego następnego, niespodziewanego gościa.
   -Kolejna? - ironicznie skinął w kierunku, w którym udała się kobieta. -Skąd teraz je ściągasz? Z Pakistanu czy z Arabii Saudyjskiej?
   -Niemcy to duży kraj. - odparował równie złośliwie. -Dlaczego uparłeś się na zagranicę?
   -Reus, za chwilę wyniosę cię stąd w zębach. - wycedził, mocno zaciskając pięści, a Woody jedynie skrzyżował ręce na piersi. -Czemu się na nią uwziąłeś? Co ona ci takiego zrobiła?!
   -Kto?
   -Irmina, do jasnej cholery! Kontaktowałeś się z nią chociaż raz? Od piątku?
   -Nie. - warknął, udając się do kuchni w celu ugaszenia pragnienia. Marcel nieustępliwie podążał w ślad za nim. -Po co?
   -Powinniście sobie coś wyjaśnić. - oświadczył, opierając dłonie o blat stołu. -I to jak najszybciej.
   -Zapisałeś mi w akcie urodzenia, że to mój obowiązek?
   -Nie, ale zapiszę w akcie zgonu, jeśli się nie uspokoisz. - sarknął, zamykając mu tym samym usta. -Chcę wiedzieć jedynie, co zamierzałeś osiągnąć. Zaprosiła cię do siebie w dobrej intencji, podejrzewałem, że popełnia błąd, ale nie miałem prawa jej pouczać. Zraniłeś ją, przez ciebie na cały weekend zamknęła się w mieszkaniu.
   -Forni, od jakiegoś czasu nasza jedyna wymiana zdań polega na prawieniu mi kazań odnośnie Irminy. - zauważył, nalewając wodę do wysokiej szklanki. -Czego bym nie zrobił, zawsze jest źle. Nie chciałem sprawić jej przykrości, a przynajmniej nie do tego stopnia.
   -Więc czemu ją pocałowałeś?
   -Też chciałbym znać odpowiedź na to pytanie. - prychnął, uśmiechając się lekko. -Była za blisko, ładnie pachniała... Takim kakaowym masłem do ciała. Doszedłem też do wniosku, że trzeba odstawić te pieprzone czekoladki, bo przysparzają mi kłopotów.
   -Podaj mi namiary na najbliższy szpital psychiatryczny, załatwię ci wolne łóżko. - Marcel popatrzył na przyjaciela z politowaniem. -Masło kakaowe? Może od razu Nutella?
   -Zejdź ze mnie. - fuknął obrażony, przechodząc tym razem do salonu. -Nie potrzebuję tej twojej Irminy do szczęścia. Możesz sobie nawet żyć w trójkącie razem z tą jej koleżaneczką, powiewa mi to wokół piłki na Signal Iduna.
   -Czyżby?
   -Nie. - bąknął, przeczesując nieułożone jeszcze włosy. Do tej pory absorbowała go obecność Samanthy, a nie on sam. -Ona jest jak zakazany owoc... Dobrze smakuje, ale każde zetknięcie się z nią prowadzi do poważnych kłopotów... A mimo to i tak chcesz go posiąść. Właśnie tak ją odbieram.
   -Poproszę jeszcze o izolatkę. - podsumował brunet, udając, że wyszukuje w telefonie konkretnego numeru. -Przyda ci się.
   Nie zareagował, zupełnie olewając głupie docinki Marcela. Tryskał energią, bo udała mu się randka z Julią, aczkolwiek nie każdemu poszło tak łatwo i przyjemnie. Lecz czy to go w ogóle obchodziło?

...Why I got you on my mind

***

Wszystko jest na nie. Nie podoba mi się ten rozdział (nawet jego tytuł taki na nie). Nieśmieszne są już kontuzje Marco. Nie zdałam najprostszego kolokwium w tym semestrze (chociaż to wina wyłącznie mojego niechcemisienizmu). Nie mam czasu.

Tak bardzo chcę już święta :(

PS. Wybaczcie mi tą aluzję do masła kakaowego, ono naprawdę przepięknie pachnie i jest moim małym uzależnieniem :p

sobota, 28 listopada 2015

Trzynaście: Kolacja

   -To jest jak sen. - westchnęła, opierając się o wezgłowie fotela. Późno w nocy siedzieli w jego Astonie Martinie pod jej blokiem mieszkalnym, wspominając koncert, z którego właśnie wrócili. -A może jest snem?
   -Nazywaj to jak chcesz, ale nie zasypiaj, błagam. - rzucił Marco, na co dziewczyna wybuchnęła radosnym śmiechem. Wsłuchiwał się w ten dźwięk, obserwując ją z przygryzioną wargą. Przecież może ją posiąść już za kilka chwil, wystarczy tylko sprawnie przeprowadzić akcję.
   -Wcale nie jestem zmęczona. - zaprzeczyła urażona, że w ogóle pomyślał o niej w ten sposób. -Gdybyś nie musiał jutro wstawać do pracy, chętnie spędziłabym z tobą jeszcze trochę czasu. Moglibyśmy wyskoczyć gdzieś na spóźnioną kolację albo wczesne śniadanie...
   Wyskoczyć albo wskoczyć, na przykład do twojego łóżka... Uff, całe szczęście, że nie powiedział tego głośno.
   -A ty? - zapytał, by odpędzić od siebie brudne myśli. Dziś zawstydził ją już wystarczająco mocno. -Zostajesz jutro w domu?
   -Popołudniu mam zajęcia z zaawansowaną grupą hip-hopu. Wiesz, to naprawdę niesamowite, jak dużo serca i poświęcenia tak młode dzieciaki mogą włożyć w swoją pasję. Ja w ich wieku też paliłam się do wszystkiego, dopóki nie doznałam pierwszej, poważnej kontuzji. Wyeliminowała mnie z młodzieżowych zawodów Zagłębia Ruhry... Bolało potwornie. - mówiła, a on cały czas ją obserwował. -Zerwałam więzadła w kolanie, przez pół roku nie mogłam zatańczyć nawet półtorej minuty. Dla dziesięciolatki to najgorsze, co mogło jej się przytrafić w tamtej chwili.
   -Żadna kontuzja nie jest przyjemna. - sprostował chłopak. -Komuś, kto kocha sport, nawet przymusowy tydzień przerwy dostarcza wiele cierpienia. Wiem, bo sam trenuję... W sensie ćwiczę na siłowni.
   -Nie da się nie zauważyć. - uniosła z podziwem brwi, a on natychmiast poczuł się doceniony. -Jak często?
   -Kilka razy w tygodniu... Czasami też biegam...
   -I jak godzisz to z pracą? - spojrzała na niego zaciekawiona, gdy powoli wypuścił powietrze przez usta. -Wybacz, że tak cię męczę, ale...
   -Udowadniasz swoje mistrzostwo upierdliwości. - dokończył za nią, uśmiechając się tajemniczo. -Moja praca to jednocześnie moje hobby. Robię to z przyjemnością, stąd mnóstwo wolnego czasu.
   -Teraz wszystko rozumiem. - pokiwała z uznaniem głową. -No cóż, nie będę cię dłużej zatrzymywać... Ale mam jeszcze dwa pytania. Nie martw się, niezwiązane z twoją prywatnością. - dodała, szczerząc się wesoło, on natomiast w duchu odetchnął z ulgą, gdyż nie miał pojęcia, czy dalej umiałby brnąć w kłamstwa. Tancerka uniosła trzymane w ręku bilety na wysokość ramion. -Mogę zatrzymać je na pamiątkę? Proszę! Pochwalę się przyjaciołom i oprawię je w antyramę.
   -Jasne, żaden problem. - zgodził się bez wahania, wzruszając ramionami. -Jak na nie spojrzysz, przypomnisz sobie, że dostałaś je kiedyś od takiego jednego w prezencie urodzinowym. A drugie?
   -Drugie dotyczy mojego rewanżu. - zaczęła zawstydzona, opuszczając wzrok. Trochę się denerwowała, co zdradzało podhaczanie przez nią skórek własnych paznokci. -Zastanawiałam się nad tym w drodze powrotnej i... Cholera, muszę zadać ci jeszcze jedno pytanie osobiste. - niewinnie wysunęła dolną wargę, gdy przewrócił oczami. -Ostatnie, obiecuję i nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz.
   -Przestań gadać, po prostu wal.
   -Masz dziewczynę?
   Patrzył na nią teraz zupełnie zaskoczony. Nie rozumiał ani sensu ani tym bardziej celu tego dociekania z jej strony, lecz w sumie nie miał nic do ukrycia. Pytanie nieprzemyślane, ale dlaczego miałby tego nie wykorzystać? By dodać Irminie otuchy, ujął ostrożnie jej podbródek, domagając się tym samym połączenia ich błyszczących tęczówek. I dopiął swego - podniosła wzrok, wbijając go prosto w twarz towarzysza. Ten odczekał parę sekund, po czym ponownie delikatnie się uśmiechnął.
   -Czy gdybym miał, zabrałbym cię ze sobą do Düsseldorfu? - wyjaśnił, lustrując jej reakcję. Chciał dostrzec każdy szczegół, by mieć pewność, że faktycznie chce to wiedzieć. -Czy spełnianie twoich marzeń byłoby ważniejsze, niż ona?
   -Szczerze? Nie zaskoczyłbyś mnie, gdyby okazało się, że zamknąłeś ją w piwnicy i przyskrzyniłeś workiem ziemniaków. - odparowała z powagą. -Przepraszam, jeśli cię dobiłam, ale właśnie takiego cię poznałam. Sądzę, że zrobiłbyś to, gdyby zaszła taka potrzeba.
   -Zasypanie toną węgla jest zdecydowanie skuteczniejsze. - zrewanżował się i miał pojęcie, iż to zwycięska riposta. -Wybrałaś kiepski temat na żarty, cukiereczku. Od dłuższego czasu występuje u mnie uczulenie na kobiety w sensie związku, żadnej nie odbieram już w ten sposób, więc jeśli na coś liczyłaś, to bardzo mi przykro, ale nie.
   -Skąd, cieszę się, że mi zaufałeś, mówiąc to. - przyznała zmieszana, ale i zaskoczona jego wypowiedzią. Do tej pory, wraz z Julią były niemal przekonane, iż mężczyzna podrywa 23-latkę i nagle okazuje się, że jednak nie widzi w niej kandydatki na swą życiową partnerkę. Ze wstydem odkryła, że ją to ukłuło, aczkolwiek nie zamierzała drążyć. Przynajmniej nie teraz. -Muszę w takim razie poszukać innego pomysłu na zadośćuczynienie.
   -Nie rozumiem. - zmarszczył czoło, odsuwając się na bezpieczną odległość. Kastner westchnęła ciężko.
   -Zaplanowałam, że zaproszę cię na własnoręcznie przygotowaną, niezobowiązującą kolację... W dniu Walentynek. Nie obchodzę tego święta, bo nie mam z kim, więc pomyślałam, że byłoby fajnie zaszyć się u mnie w mieszkaniu przed tymi wszystkimi gruchającymi parkami. - wyrzuciła z siebie na jednym tchu. Czuła się niezręcznie, lecz jeśli już podjęła temat, zdecydowała, że go dokończy. -Ale jeśli cię to krępuje...
   -Brzmi interesująco. - wtrącił, powodując tym samym rozszerzenie jej źrenic. Dziś odpuścił, bo ugodziła w jego czuły punkt, ale sama się prosi. -Dlaczego nie? Masz rację, może z tego wyjść całkiem sympatyczny wieczór.
   -Naprawdę? - kąciki jej ust natychmiast powędrowały ku górze. -Super, bo... Kurczę, nie przypuszczałam, że zechcesz... Dla mnie bomba.
   -Zatem będziemy w kontakcie. - podsumował, przeczesując włosy.
   -Uhm... Tak. I Marco... - wahała się przez moment, ale ostatecznie położyła dłoń na jego kolanie, przez co zadrżał nieznacznie. -Bardzo ci dziękuję za ten koncert. To jeden z najpiękniejszych prezentów, jaki mogłam otrzymać w tym roku. Nie mam pojęcia, jak wpadłeś na to, że akurat ten i nie obchodzi mnie to, ważne, że się poświęciłeś.
   -Drobiazg. - mrugnął do niej, co sprawiło, że znów się zarumieniła.
   -Może dla ciebie... Będę już uciekać, nie chcę mieć na sumieniu twojego spóźnienia. - przelotnie zerknęła na wbudowany w samochodowy panel zegarek. -Do zobaczenia niedługo.
   Pożegnał się z nią, po czym wysiadła i żwawym krokiem ruszyła do wejścia na klatkę. Nie odjechał, dopóki nie zniknęła w środku, gdyż ponownie podziwiał jej idealną figurę, zapominając, co powiedział parę minut wcześniej. Żadna dziewczyna nie stanowi dla niego celu miłości, a wyłącznie doznań erotycznych, o czym jednak nie wspomniał. I mimo wszystko pewnie żałował, że pokrzyżowała mu plany, choć nie zdawał sobie z tego sprawy.

~~~

7. lutego 2014, piątek
   -Chyba nadal nie czaję. - oświadczył Marcel, wiercąc się na krześle przy barze. Reus złożył swoim kolegom niezapowiedzianą wizytę w Cocaine na krótko przed przybyciem Irminy oraz Julii, gdyż ostatecznie zdecydowali, że będą świętować jej urodziny w piątek popołudniu. Piłkarz i tak miał zaraz jechać na stadion, skąd autokarem pojadą na dworzec, by tam przesiąść się w pociąg do Bremy. -Zabrałeś ją na ten koncert tylko po to, żeby potem iść z nią do łóżka?
   -A w jakim innym celu miałbym to zrobić? - obojętnie wzruszył ramionami, czerpiąc satysfakcję z widoku purpurowego ze złości Robina. -Ale zaczęła tą dziewczyńską gadkę o miłości, związkach, bla bla... Uwierzcie, odechciało mi się.
   -Zabrałeś nam przyjaciółkę w dniu jej urodzin, żeby ją puknąć?! - Kaul podniósł głos, świdrując blondyna złowrogim spojrzeniem. -Marco, powtórzę ci, że od rozstania z Caro jesteś największym pojebem, jakiego znam. Nie wierzę, że potrafiłeś potraktować ją w ten sposób.
   -Po pierwsze, o niczym nie wiedziała, więc nie ucierpiała. A po drugie, nic takiego się nie stało, więc o co drzesz mordę?
   -O to, że zachowujesz się jak amerykański playboy! Skąd ci się to wzięło, do cholery, co?!
   -Nie wiem. - uśmiechnął się ironicznie, zupełnie nieprzejęty atakami. -Może stąd, że laski praktycznie prześlizgują mi się przez ręce. Irmina jest tak łatwa, jak każda inna - powiedziałbym jedno słowo i zgodziłaby się na wszystko, przynajmniej tamtego wieczora.
   -Tobą trzeba porządnie pierdolnąć o podłogę. - skwitował ze złością Fornell. -Czasu nie cofniesz, w ten sposób nie zadośćuczynisz temu, co stało się z Carolin.
   -Wcale nie zamierzam się rozgrzeszać. - warknął blondyn, uderzając pięścią w ladę. -I przestań o tym gadać.
   -To nie jest twoja wina! Nie czuj się odpowiedzialny za to, że...
   -Zamknij się, okej?! Mówiłem już, że nie chcę o tym rozmawiać, czegoś nie zrozumiałeś?!
   -Spokój. - rzucił stanowczo Robin, na co dwaj jego kumple natychmiast zamilkli. Uśmiechnął się tryumfalnie - nadal nie miał pojęcia, jak zbudował sobie tak silną pozycję w ich oczach. -Nie mamy teraz czasu, ale stary, przemyśl to. Nie możesz tak dłużej postępować. Okłamujesz ją i do tego bawisz się jej kosztem. To naprawdę fajna dziewczyna.
   -Takie już dawno wyginęły. - fuknął arogancko, odstawiając na bok pustą szklankę po soku. -Ona jest wredną suką, będę to powtarzał, dopóki do was nie dotrze.
   -Marcel! Robin! - usłyszeli nagle od drzwi, zastygając na moment w bezruchu. Fornellowi wyraźnie błysnęły oczy, natomiast Kaul ze zmarszczonym czołem wgapiał się w ironicznie uśmiechniętego pomocnika. -Chłopaki, jesteście tutaj?
   -Uuuuu przyjechały koleżanki! - zawył Reus, dwuznacznie poruszając brwiami. -Nowa znajoma do kolekcji!
   -Woody, zmiataj stąd. - syknął brunet, przypominając sobie o jego obecności. -Tylne wyjście jest otwarte.
   -Nie przedstawisz mnie najlepszym tancerkom twojej grupy? Zobacz, mam okazję przeprosić Irminę. - kąsał niemiłosiernie, zetknąwszy się w końcu z jego błagalnym spojrzeniem. -Och, Julia, rozumiem. To ta, do której skaczesz po balkonie? A może ona skacze po twoim?
   -Urwę ci jaja, przysięgam. - rzucił, wypychając chłopaka na zaplecze, po czym wrócił na salę, gdzie drugi z nich rozmawiał już z dziewczynami.
   Reus natomiast wcale nie zamierzał tak wcześnie wyjść. Oparty o ścianę, z lekkim rozbawieniem przyglądał się zaistniałej sytuacji, pozostając jednak w ukryciu. Doskonale zdawał sobie sprawę, jaką wywołałby burzę, pokazując się właśnie teraz, a tak przynajmniej mógł ze spokojem obserwować obie panie. Musiał przyznać, iż jego przyjaciel ma gust. Wessler była przepiękną, zgrabną kobietą i teraz nie miał już żadnych wątpliwości, dlaczego Forni oszalał na jej punkcie. Sam cieszył się, że w gronie jego fanek znajdują się również takie perełki i gdyby był jeszcze większym prostakiem, z chęcią zaopiekowałby się tą sztuką. Największemu wrogowi nie odbiłby jednak partnerki, gdyż sam nigdy nie chciałby przeżyć czegoś takiego. Poza tym, miał już swoją ofiarę, stała tuż obok. Dziś wyglądała zupełnie inaczej, niż dwa dni wcześniej, założyła wysokie botki, bo aż za kolano i czarną sukienkę, mógłby przysiąc, że jeszcze krótszą od tej ze środy, a proste blond włosy spięła w kucyka. I wciąż pociągała go seksualnie. Powoli pojmował, że posiada coś, czego brakuje każdej pozostałej, ale nie spieszyło mu się, by odkryć, co. Podejrzewał, iż dostanie na to mnóstwo czasu.
   Umówiona godzina spotkania pod stadionem zbliżała się nieubłaganie, zatem, nie chcąc ponownie zawieść Kloppa, musiał się zbierać. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie pozostawił Marcelowi złośliwej uwagi. Wyjął w tym celu telefon i napisał do niego sms-a.

"Przetestuj tą swoją lubą najszybciej, jak się da, bo sprzątną ci ją sprzed nosa."

   Widział, jak odczytuje treść, spinając niemal wszystkie mięśnie, po czym odwrócił się i dyskretnie poczęstował go środkowym palcem. Marco jedynie wyszczerzył się ironicznie, kręcąc głową.
 
"Wynoś się, Reus, bo wstanę i rzucę w ciebie skrzynką piwa. Pełną."

   Z trudem powstrzymał śmiech, by nie ujawnić swej obecności, lecz ostatnie słowo przeważnie należy do niego - jeśli nie zgasi go Kaul. Tak miało być i tym razem.

"Przy okazji, przekaż Irminie, że dziś wziąłbym ją choćby na umywalce w toalecie. Może uda się za tydzień."

   Fornell faktycznie podniósł się z miejsca, ku zaskoczeniu swoich towarzyszy i ruszył w stronę piłkarza. Ten jednak zdążył się ulotnić i gdy zobaczył tancerza w drzwiach, siedział już za kierownicą auta, gotowy do ucieczki. Wygrał kolejną bitwę, ale w wojnie jeszcze wszystko mogło się wydarzyć.

~~~

14. lutego 2014, piątek
   Nie przerywając rozmowy z Marcelem, co chwilę zerkała na zegar, jakby z nadzieją, że czas zacznie płynąć szybciej. Marco powinien pojawić się w ciągu kilkunastu najbliższych minut, a oczekiwanie na niego umilała sobie podekscytowaniem przyjaciela. Okazało się bowiem, iż w końcu zaprosił Julię na randkę, która miała odbyć się właśnie dziś. I nie byłoby w tym nic śmiesznego, gdyby moment wcześniej nie odebrała podobnego połączenia od rozgorączkowanej Wessler, nadal zdziwionej jego ruchem, lecz po odbytej przed występem w Cocaine gadce z Irminą, ogarniającej nieco więcej, niż ostatnio. Oboje zachowywali się jak dzieci w podstawówce, obawiając się tego spotkania, lecz z drugiej strony, świetnie się przecież znali. Zdawali sobie jednak sprawę, iż jest szansa na to, że wraz z dniem dzisiejszym ich relacja nieodwołalnie ulegnie zmianie i nie spojrzą już na siebie tak, jak dotychczas. Nie wiadomo jednak, na jakim etapie się zatrzyma.
   -Forni, dzwoni domofon, muszę cię przeprosić. - oświadczyła ze spokojem, choć czuła już szybsze bicie serca. Chłopak zagwizdał zgryźliwie, chcąc jej dokuczyć.
   -Marco? - założyłaby się o milion euro, że nieustannie porusza teraz brwiami. Nic innego nie mógł zrobić.
   -To tylko kolacja w podziękowaniu za...
   -Od kolacji się zaczyna, moja droga. - roześmiał się, gdy westchnęła zniecierpliwiona. -Wiesz, odnoszę wrażenie, że zapamiętamy te Walentynki do usranej śmierci. Obym się nie mylił.
   -Chyba ty. - burknęła na odczepne, nerwowo przeczesując włosy. -Zmiataj, bo się spóźnisz, a na randce tylko dziewczyna ma takie prawo. Udanego wieczoru!
   Wcisnęła czerwoną słuchawkę, po czym, jak na rozkaz, rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Przechodząc powoli przez hol, przejrzała się jeszcze w lustrze, a naciskając klamkę, wzięła głęboki wdech dla odstresowania.
   Stał przed nią, uśmiechając się szarmancko. Idealnie ułożone, zaczesane na bok blond włosy, czarna kurtka, pod kurtką biała koszulka i niedbale na nią narzucona jeansowa koszula, kremowe spodnie i białe sneakersy na stopach. W uszach dwa czarne, zapewne diamentowe kolczyki, a na szyi kolejny nieśmiertelnik. Naturalne źródło perfekcji. Facet, jakich na tym świecie niewielu.
   -Skończyłaś już? - rzucił, wyrywając ją z zamyślenia, przez co pokręciła energicznie głową. -Zaraz sobie pomyślę, że gdzieś popełniłem błąd.
   -Jasne, wybacz. - wymamrotała, wpuszczając go do środka. -Rozgość się, zaraz podam do stołu.
   -Przyniosłem ci coś. - podał jej czekoladki i butelkę wina, unosząc brwi w odpowiedzi na jej poddańczy uśmiech. -Nie wiedziałem, czy wolisz białe czy czerwone, wybrałem czerwone, bo podobno takie pije się do kolacji i ja też takie lubię.
   -Marco, chcę ci zapełnić żołądek, a ty wpadasz ze słodyczami. - zachichotała, odkładając je na stolik z boku. -To niegrzeczne.
   -Potraktuj je jako deser. - wzruszył ramionami, rozsiadając się na jednym z ustawionych naprzeciwko siebie krzeseł. -Nie przejmuj się, dość często jestem głodny, na pewno znikną jeszcze dziś.
   W reakcji zwrotnej zamknęła oczy i na parę sekund schowała rozbawioną twarz w dłoniach, po czym powróciła do kuchni, nadzorując wchodzące w stan gotowości danie popisowe. Piłkarz natomiast oparł łokcie o blat i starał się skupić wzrok na wystroju jej mieszkania. Starał się, bo znaczną część jego uwagi i tak przyciągała Irmina. Jego oczy błądziły pomiędzy kominkiem i ustawionymi na zawieszonej u góry półce trofeami, a zgrabną, okrągłą pupą w opiętych jeansach. Nie umiał się opanować i zaczynał ją o to oskarżać. Doszedł do wniosku, że czegokolwiek nie założy, i tak będzie pobudzała jego wyobraźnię, więc mogłaby przynajmniej nie ubierać nic. Miałby okazję to wykorzystać, a obecnie jedynie się męczy.
   -Dlaczego dzisiaj postawiłaś na spodnie? - spytał znienacka, przerywając jej wykonywane czynności. Odwróciła się, zaskoczona kolejną dawką bezczelności.
   -Bo cię nie rozpraszają.
   -Jesteś pewna?
   -Ciesz się, to wspaniałomyślna niespodzianka ode mnie. - odgryzła się, stawiając przed nim talerz z posiłkiem. -Smacznego, głód chyba wyżera ci już mózg.
   Zdecydował się nie odbijać piłeczki, ponieważ mógłby tym samym doprowadzić do zniszczenia sympatycznej atmosfery, którą sami stworzyli i która utrzymywała się do końca kolacji. Później przenieśli się do salonu, zabierając po drodze wino i czekoladki. Wsłuchując się w dobiegającą z telewizora muzykę, dużo rozmawiali, śmiali się i przekomarzali. Właściwie to ona mówiła, bo co on mógł zdradzić? Że gra w piłkę dla wicemistrza Niemiec, że reprezentuje ich kraj? Że nazywa się Marco Reus i ochrzanił ją przez telefon w noworoczne popołudnie? Sam by się przekreślił, a jego plan ległby w gruzach.
   Irmina bardzo mu jednak imponowała, przede wszystkim swoim zaangażowaniem w to, co robi, pasją, z jaką o tym opowiada oraz osiągniętymi do tej pory sukcesami. Zdał sobie sprawę, iż ma do czynienia z kimś naprawdę utalentowanym, kto nigdy się nie poddaje. Nie trafił na byle kogo... Aczkolwiek taki jest Marcel - ostrożnie dobiera sobie towarzystwo i zazwyczaj dobrze na tym wychodzi.
   -Marco... - zaczęła tancerka, zakrywając dłonią usta, by przypadkiem nie wybuchnąć śmiechem. Spojrzał na nią pytająco i uniósł brwi. -Nie wiem, jak tego dokonałeś, ale jesteś umazany czekoladą na policzku i w kąciku ust. Mówię śmiertelnie poważnie.
   -Niemożliwe. - mruknął i poderwał się, by podejść do lustra w celu usunięcia śladów zbrodni, lecz dziewczyna złapała go za rękę. -Puść mnie, muszę to zetrzeć!
   -Uspokój się, zamilcz na chwilę i przestań się ruszać. Pomogę ci.
   Zaskoczony jej prośbą, odwrócił się, po czym usiadł z powrotem na kanapie, na co przysunęła się do niego nieznacznie, wyciągając paczkę chusteczek. Jedną z nich ostrożnie przyłożyła do twarzy chłopaka, jakby w obawie, że go skrzywdzi, a on syknie z bólu. Każdy gest dokładnie przemyślała, ale nie to zwróciło jego uwagę. Dla niego była już za blisko. Zdecydowanie za blisko.

***

Wiem, że mnie zabijecie, ale takie życie :p
Dziś to wszystko. Dodam jeszcze tylko zdjęcie lamy, bo nadal mnie śmieszy :p

Czekam na Wasze przemyślenia, refleksje i przypuszczenia... A na Wasze blogi postaram się dotrzeć do końca tygodnia ❤

wtorek, 17 listopada 2015

Dwanaście: Prezent

I niech stanie w miejscu czas, nikt nie patrzy na mnie tak, jak ty
Niech się kręci cały świat, zawsze niech już będzie tak, jak dziś...

5. lutego 2014, środa
   Przeciągnęła się, z uśmiechem otwierając oczy. Nadszedł ten dzień. Jej dzień. Dziś kończy dwadzieścia trzy lata i jednocześnie rozpoczyna kolejny rok swojego dziwnego życia, jak zwykła je ostatnio nazywać. To, jak zachowywała się wobec przystojnego blondyna i jakie, bezpośrednio z nim związane decyzje podejmowała, nie współgrało z jej dotychczasowymi zasadami. Zamierza spędzić urodziny w towarzystwie faceta, którego zna od miesiąca, a widziała może trzy razy, mało tego, uważa, iż wykonując taki krok, może przeżyć wspaniałą przygodę. Nawet nie przeszło jej przez głowę, że istnieje możliwość znalezienia się w niebezpieczeństwie oraz ponoszenia konsekwencji odważnego postępowania, ale chciała zaszaleć. Kiedy, jeśli nie teraz?
   Jadła śniadanie, gdy zadzwonił dzwonek. Przestraszona, ponieważ paradowała jeszcze w piżamie, rozwianych włosach i bez makijażu, szybko narzuciła na plecy dresową bluzę, przeczesała kosmyki palcami i biegnąc do holu, zastanawiała się, kogo zastanie po drugiej stronie. Zdziwiła się, gdy odkryła, że drzwi otworzyła kurierowi, trzymającemu w ręce przesyłkę zaadresowaną na jej nazwisko.
   -Pani Irmina Kastner? - upewnił się mężczyzna, obserwując ją uważnie. Skinęła potwierdzająco, na co podsunął jej pod nos kartkę papieru. -Proszę tutaj podpisać.
   -To dla mnie? - zapytała z niedowierzaniem, odbierając prezent, po czym złożyła parafkę w wyznaczonym miejscu. -Dziękuję...
   -Do usług. Do widzenia pani.
   -Do widzenia. - uśmiechnęła się promiennie, zamykając drzwi. Stała w korytarzu jeszcze długi moment, wpatrując się właśnie, jej zdaniem, w ósmy cud świata. Dostała sporych rozmiarów bukiet, złożony z kilkunastu krwistoczerwonych, przepięknych róż. Ze wstydem przyznała sama przed sobą, że to jej pierwsza tego typu niespodzianka, lecz skoro nie miała chłopaka, nikt nie kupował jej kwiatów. A tu nagle taki okaz... Z największą ostrożnością przetransportowała go do kuchni i położyła na blacie, by wlać wodę do wazonu. Wtedy spomiędzy łodyg wypadł bilecik. Marszcząc z podekscytowania nos, ujęła go w dwa palce.
   -Jesteś głupia, Irma. - skwitowała rozbawiona. -Chyba najwyższy czas zgłębić nieco tajniki romantyczności.
   Otworzyła malutki liścik i ze zdumieniem odkryła, iż zawiera bardzo skromną treść, jednak gdy tylko ją odczytała, zrozumiała, dlaczego.

"Wszystkiego najlepszego z okazji 23. urodzin. Widzimy się wieczorem. Marco"

   Przyłożyła dłoń do ust, wpatrując się w karteczkę szeroko otwartymi oczyma. Nie wierzyła. Spodziewałaby się po nim wszystkiego, lecz tego akurat nie. Nie miała pojęcia, jak poprawnie odebrać przekaz tego okazałego podarunku. Róże stanowią przecież silny symbol miłości i namiętności, a oni nie byli parą, choć blondyna cechowała nieograniczona bezpośredniość. Powinna zatem obawiać się, że ich spotkanie skończy się w jego mieszkaniu, w jego sypialni, w jego łóżku? A może to wcale nie spotkanie, a randka? Był do tego zdolny. Z drugiej jednak strony, musiała wziąć pod uwagę, że może to ona zbyt wiele sobie wyobraża. Skoro chłopak pracuje w dużej korporacji, zapewne obowiązują tam jakieś maniery i pewnie każda z jego koleżanek otrzymuje podobny bukiet, który, swoją drogą, na sto procent kosztuje fortunę. A może jest prezesem jakiejś świetnie prosperującej firmy? Albo właścicielem kwiaciarni?
   -Przestań bredzić, Kastner, pogrążasz się. - stwierdziła w końcu, po czym zabrała ze stołu komórkę. -Po prostu podziękuj i po sprawie.
   Długo rozważała, czy zadzwonić czy wysłać sms-a i ostatecznie wybrała drugą, wygodniejszą opcję. Łatwiej napisać cokolwiek po dziesięciu minutach medytacji nad ekranem, niż mierzyć się z nim słowo w słowo.

"Dziękuję. Są piękne."

   Tylko tyle była w stanie wystukać. Z trudem dojadła śniadanie, oczekując jego odpowiedzi, co dodatkowo skomplikowało jeszcze nadchodzące połączenie. Ucieszyła się na widok numeru Marcela, co nie zmieniło jednak faktu, że już teraz chciała jak najszybciej zakończyć tą rozmowę. Marco mógł odpisać w każdej chwili.
   -Halo? - zaświergotała do słuchawki, wkładając brudne naczynia do zmywarki. Przez kilka sekund zalegała głucha cisza.
   -Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!!! - usłyszała wrzask swoich najbliższych przyjaciół, dzięki czemu roześmiała się głośno. -Kto? IRMINA!
   -Kochanie, wszystkiego dobrego! - jej przyjaciółka tradycyjnie jako pierwsza dorzuciła swoje indywidualne życzenia. -Spełnienia marzeń i najcudowniejszego, najprzystojniejszego mężczyzny pod słońcem!
   -E tam, mężczyzny. - solenizantka była wręcz pewna, że Marcel machnął ręką, obdarzając Julię złośliwym, aczkolwiek najbardziej reprezentacyjnym ze swych uśmiechów. -Unikania kontuzji i zdobycia upragnionego stypendium na Broadway'u! I żebyś się nie zmieniała, bo bycie sobą teraz w modzie.
   -I jeszcze dużo czasu na imprezowanie w Cocaine. - dorzucił Robin. -Pamiętaj, że wszyscy cię kochamy, buzi buzi, cmok cmok.
   -Ja też was kocham. - odpowiedziała szczęśliwa, opierając się o krzesło przy stole. -I bardzo wam dziękuję, jesteście niezastąpieni.
   -Ameryki nie odkryłaś. - stwierdził skromnie Forni, wywołując kolejny atak śmiechu. -Tworzymy najlepszą paczkę na świecie, gdybyś nie kłóciła się z Ann-Kathrin, byłoby idealnie.
   -Został tam ktoś jeszcze? Możecie mi tego życzyć. - sarknęła z pogardą. -Żartowałam, nie chcę o niej słyszeć w dniu urodzin.
   -Przestań. Reszta ekipy wyściska cię wieczorem w klubie.
   -Jak to? - niemile zaskoczona zmarszczyła czoło. Przyjaciele westchnęli jak na komendę.
   -No, normalnie. Zapraszamy cię dziś na okazjonalnego drinka, a jak dasz radę, to nawet i dwa. Oczywiście, na koszt firmy.
   -Dziś? - powtórzyła zawiedziona. Sądziła, że w środku tygodnia rzeczywiście nie wpadną na taki pomysł, zgodnie z tym, co przewidział Marco. On też jednak się myli. -Nie... Dziś nie mogę, wykluczone. Przepraszam.
   -Dlaczego? - wyobraziła sobie wygięte w podkówkę usta panny Wessler. -Ach, rodzinna domówka, prawda?
   -Nie. - ucięła, wciągając powietrze przez nos. Bała się tego, jak zareagują. -Umówiłam się z Marco, z tym, który znalazł mój nieśmiertelnik. A dziś rano kurier przyniósł mi śliczny bukiet róż od niego... Super, nie?
   Chwilowa cisza. Później usłyszała przeraźliwy pisk Julii, rozchodzący się w słuchawce i niszczący jej ucho. Powinna się na to przygotować, lecz odkąd odebrała stojący w salonie prezent, nie była sobą. Nie kontaktowała, nie ogarniała, a jej myśli krążyły już wyłącznie wokół tego spotkania.
   -Idziecie na randkę? - bardziej stwierdziła niż zapytała długowłosa blondynka, na co Irmina przewróciła oczami.
   -Nic takiego nie powiedziałam, on również. Nie ubarwiaj faktów.
   -Dokąd jedziecie? - warknął nagle Kaul, co zbiło z tropu obie dziewczyny. To nie zazdrość, to coś w rodzaju... Złości?
   -Nie mam pojęcia... - przyznała nieśmiało. -Pytał tylko, czy planuję coś na środę... A później właściwie sam zorganizował mi czas. W jego towarzystwie.
   -Irma, oszalałaś? - dalej burzył się chłopak. -Jak długo go znasz? Co o nim wiesz? Naprawdę dałaś się na to namówić? Co się z tobą stało, dziewczyno!
   -Rob, wyluzuj. - poleciła stanowczo, wciąż nie rozumiejąc jego niezadowolenia. Jednocześnie zastanawiała się, jaka mina zdobi teraz twarz Marcela. -Jestem dużą, silną i wysportowaną Irminą Kastner, potrafię głośno krzyczeć i znam parę zabójczych kopnięć. Obronię się, jeśli w ogóle zajdzie taka potrzeba, w co wątpię.
   -Skąd możesz to wiedzieć?
   -Miał już kilka okazji, żeby skrzywdzić mnie w sposób, o którym myślisz, lecz nie zrobił tego. Po co teraz ma próbować?
   -Bo będziecie sami, po zmroku. Szuka tylko odpowiedniej okazji, niech to do ciebie dotrze!
   -Daj mu spokój.
   -Odwołaj to, bardzo cię proszę. - Kaul pozostawał upierdliwie nieugięty, na co jęknęła z dezaprobatą. -Pożałujesz, że...
   -Marcel, powiedz mu coś. - przerwała mu, licząc na pomoc tancerza, który do tej pory milczał. Dotarły do niej czyjeś szepty, zatem przypuszczalnie kontaktował się z Jull. -Marcel?
   -Udanej zabawy, koleżanko! - wypalił cały w skowronkach, przy ogromnym poparciu ze strony Wessler. -Odezwij się jutro, żeby opowiedzieć, jak było.
   -Zabiję cię. - sarknął Robin, co jedynie rozśmieszyło pozostałą trójkę, z której tylko Fornell był świadomy, o co tak naprawdę się rozchodzi. Obie kobiety żyły natomiast przekonaniem, iż Reus zwyczajnie adoruje 23-latkę. -Irmina, błagam, napisz później, czy...
   -Panu już dziękujemy! - oświadczył bezceremonialnie niższy z nich, wyłączając tryb głośnomówiący. -Powodzenia, słońce. Nie przejmuj się tym staroświeckim snobem, on nie zna pojęcia zauroczenia. Odbijemy sobie w weekend, pa.
   Pożegnała się także z Julią i gdy tylko zniknęło podsumowanie połączenia, ujrzała na ekranie wyczekiwaną odpowiedź od blondyna. Nie zwlekając dłużej, otworzyła sms-a i ponownie tego ranka odebrało jej mowę.

"Przecież to dopiero początek. Do dania głównego mamy jeszcze trochę czasu."

~~~

   -Ty chyba upadłaś na głowę. - gniewnie ciskała kąśliwymi formułkami. -Oboje upadliście. Ja mam chłopaka!
   -Ina, skarbie, błagam cię. - jęknęła Ann, ukradkiem trącając pod stołem stopę Mario w poszukiwaniu wsparcia. -Nie chodzi o to, byś go zdradziła, a zrobiła coś dla dobra ludzkości.
   -Poza tym, Dennis nie musi o niczym wiedzieć. - wtórował jej piłkarz. -Wystarczy, że będziesz wobec niego szczera, on na pewno zrozumie powagę sytuacji.
   -Jesteś naszą ostatnią deską ratunku! Tylko ty możesz nam pomóc, nikt inny nie wchodzi w grę.
   -Opłaćcie sobie testerkę wierności albo kogoś w podobnej branży. - fuknęła zbulwersowana wizażystka. -Ja się na tym kompletnie nie znam, więc nie wciągajcie mnie w to.
   -Nie chcemy posuwać się tak daleko... A takie kobiety nie zawsze pracują uczciwie i często podnoszą poprzeczkę finansową. Zależy nam, aby cała akcja przebiegła szybko i bezboleśnie.
   -A co, jeśli będzie chciał mnie przelecieć? - uniosła gniewnie brwi, czując, że zagięła przyjaciół tą sugestią. -Powiedzieć wtedy: "spoko, przecież nic się nie dzieje, to tylko intryga i potraktuj ją jako nauczkę"?
   -Hmm... Coś wykombinujemy. - Götze dostrzegł słabe światełko w tunelu. -Rozegramy to tak, żeby ona wszystko zobaczyła. Wystawi mu negatywną opinię i problem zniknie.
   -Chore i niedorzeczne. - Toennes pokręciła z niedowierzaniem głową. -Dlaczego nie pozwolicie mu się zakochać? Skoro ta dziewczyna ewidentnie mu się podoba, to najlepiej, jeśli się odczepicie. Nikomu nie można zabronić miłości.
   -Marco nie wie, co oznacza miłość, Ina. - oznajmił Mario ze smutkiem i powagą w głosie. -On przestał wierzyć, że takie uczucie jeszcze w ogóle istnieje. Każdą pannę traktuje jak przedmiot i nie planuje związków na stałe.
   -A ty, zamiast go wesprzeć, próbujesz przekonać go, że to prawda. Niech się chłopak wykaże, może dzięki niej zmieni zdanie, a ona sama wybierze, czy z nim zostanie czy nie. Po co się wtrącacie?
   -Bo oni do siebie nie pasują. - rzuciła zdeterminowana Ann-Kathrin. -Ta laska to Irmina z mojego zespołu. Mają zbliżone temperamenty, zatem ich starcie nie wróży nic pozytywnego. Prędzej nastąpi koniec świata, niż oni się dogadają. A ja chcę nadal żyć.
   -Irmina? - blondynka o krótszych włosach zmrużyła w skupieniu powieki. -Ta, która ciągle ci dokucza z niewiadomego powodu?
   -Tak! - wykrzyknęła uszczęśliwiona tancerka. -I co, nadal upierasz się, że to świetny pomysł?
   -Cóż... - Ina zastanowiła się przez moment, wbijając wzrok w podłogę. -Okej, zgadzam się, ale to ja dyktuję warunki. Jeśli coś się nie uda, pójdzie niezgodnie z planem, od razu kończymy. To najgłupsza inicjatywa, w jaką się zaangażuję i mam nadzieję, że nie stracę przez nią chłopaka.

~~~

   -Mogę cię o coś zapytać? - zerknął na nią z półuśmiechem, a gdy to dostrzegła, zaciekawiona uniosła brwi. Od trzydziestu minut jechali samochodem w południowo-zachodnim kierunku Niemiec, a on zdradził jej tylko, że są w połowie drogi. Irytowała ją ta niewiedza, lecz nie wiązała z nią żadnych, nawet najmniejszych obaw. Wzięła sobie do serca rady Marcela i nie przejmowała się fochami Robina. Przecież obchodzi dziś urodziny.
   -Nie.
   -Wiem, że z nas dwojga to ty jesteś mistrzynią upierdliwości, ale po prostu muszę. - podpuszczał ją, wywołując na twarzy swej towarzyszki coraz szerszy uśmiech. -Męczy mnie to, odkąd wyszłaś z klatki schodowej!
   -A więc chodzi o mnie, tak? - spojrzała na niego, splatając ręce na piersi. -W porządku, niech będzie. Jeśli wybieram pomiędzy obgadywaniem mnie przez ciebie z tobą, a obgadywaniem mnie przez ciebie i twoje własne myśli, wybieram pierwszą opcję. Wydaje się bezpieczniejsza.
   -I słusznie. - rzucił, śmiejąc się z jej zaskoczonej miny. -Bo widzisz, zastanawiam się, co sobie wyobraziłaś, gdy poprosiłem cię, byś ubrała się tak, jakbyś zamierzała świętować swoje urodziny w gronie znajomych. Zakładam, że należy do niego wielu mężczyzn, zatem naprawdę pokazałabyś im się w tej sukience czy założyłaś ją tylko dla mnie?
   Otworzyła usta, lecz nic sobie z tego nie robił. Bezczelnie lustrował jej sylwetkę, dając jej jednocześnie do zrozumienia, co dokładnie chciał przekazać. Potwierdzała się właśnie wspomniana dziś rano bezpośredniość blondyna, przez co jej policzki spłonęły delikatnym rumieńcem, który starała się ukryć. Musiała walczyć. Tym razem nie pozwoli wyprowadzić się z równowagi.
   -Nie podoba ci się? - zagadywała, nie tracąc kontaktu wzrokowego z kierowcą. Prychnął cicho i prawie niezauważalnie pokręcił głową. -Czy nie pasuje do okazji?
   -Wręcz przeciwnie, przecież sięga zaledwie do twojego uda. Chciałbym tylko dowiedzieć się, czy faktycznie poszłabyś w niej jako solenizantka na przykład na imprezę. I czy nie jest ci zimno, bo przypuszczam, że jeśli niewiele zakrywa, daje też niewiele ciepła.
   -Jeśli tak bardzo doskwiera ci jej długość, na swoją obronę mam płaszczyk aż do kolan. - odpowiedziała nieco rozbawiona, wskazując jasnobeżowe odzienie wierzchnie. -A odnośnie twojego podobno upierdliwego pytania, nie miałabym oporów przed ubraniem się w nią do klubu. I nie rozumiem, w jaki sposób z moją sukienką wiążą się moi kumple.
   -Wytłumaczę ci to z męskiego punktu widzenia. - zatrzymał auto w korku przed sygnalizacją, więc mógł swobodnie odwrócić się w jej stronę. -Nie gwarantuję, że to działa tak samo w każdym przypadku, ale akurat w moim twój outfit podnosi mi ciśnienie w miejscu, o którym wolałbym nie mówić. Stanowi więc dla mnie wyzwanie, któremu jestem w stanie sprostać, a przynajmniej w to wierzę.
   Nie odezwała się. Gdyby w tym momencie coś jadła albo piła, zdecydowanie zakrztusiłaby się tym czymś, a później prawie na pewno udusiła. Odniosła wrażenie, iż pewność siebie, jaką prezentował Marco, sięgała już górnej granicy, bo jego słowa nie pozostawiały żadnych wątpliwości - rozmawiali właśnie o podnieceniu, a od tego do seksu już krótka droga. Oby za parę minut nie żałowała, że nie posłuchała Kaula.
   -Nie sprecyzowałeś swoich wymagań. - wytknęła mu z pretensją w głosie. Nie zauważyła nawet, kiedy znów zaczęli mknąć autostradą, tak zaabsorbowały ją uwagi bezwstydnego znajomego. -Zakładam to, w czym czuję się dobrze i to nie moja wina, że twój mały kolega z tego powodu cierpi.
   -Mój kolega wcale nie uważa, że jest mały i sądzę, że chyba się na ciebie obraził. - oświadczył chłopak, z powagą obserwując drogę. Irmina tym razem nie umiała się powstrzymać i wybuchnęła głośnym śmiechem. Marco dołączył do niej po kilku sekundach. -Cukiereczku, nie bierz na serio wszystkiego, co powiem. Zapewniam cię, że wcale nie zamierzam zatrzymać się na ciemnym poboczu lub w lesie i zrobić z tobą milion tych rzeczy, które chciałbym zrobić. Aston Martin nie posiada tylnej kanapy, więc jesteś bezpieczna.
   -Zmieńmy temat, błagam. - wymamrotała zawstydzona, chowając twarz w kołnierzu płaszcza. Oboje skradali sobie krótkie, lecz głębokie spojrzenia, świetnie się bawiąc. Nie pożałuje. Przecież przebywa z jakimś dobrze ustawionym biznesmenem, który jej nie zrani, bo gdyby miał podobny plan, napadłby na nią kilkadziesiąt kilometrów wcześniej. A on miał plan, aczkolwiek realizował go bardzo powoli. Tak, aby na końcu na zawsze zapamiętała, z kim zadarła.
   -Czekam na propozycję.
   -Dokąd jedziemy? - odparowała automatycznie, na co blondyn westchnął ciężko, lecz dostrzegając w mroku znak drogowy, wskazał go palcem. -Do Düsseldorfu? Po co?
   -Irma, rusz mózgiem. - jęknął, zmuszony do ponownego wykręcania się od odpowiedzi. -W dniu dzisiejszym to powinno być proste i logiczne.
   -Ale nie jest. - burknęła. -Marco, Dortmund już ci się znudził, że wywiozłeś mnie aż tutaj? Co ty, do cholery...
   -Pomyśl o wydarzeniach kulturalnych. - wszedł jej w zdanie, nadal usiłując obejść rozwiązanie jak najszerszym łukiem. Kastner zmarszczyła czoło. -Nie rozumiem, dlaczego, ale w Dortmundzie rzadko dostarczają nam atrakcji na tą skalę.
   -Hmm... Dziś w Düsseldorfie zagra Beyoncé... Za trochę ponad godzinę... Boże, jak ja bym chciała... Nie. - oderwała wzrok od tarczy zegarka, wręcz wbijając go w twarz tryumfującego chłopaka. -Nie nabierzesz mnie... Nie zrobiłeś tego. Powiedz, że nie kupiłeś tych biletów!
   -Nie ufasz mi, czy wątpisz w moje umiejętności? - spytał dosadnie, obserwując przemykające przez jej delikatną buzię emocje. -Cóż, chyba jedno i drugie... W takim razie zajrzyj do schowka przed sobą.
   Nie potrafiła otrząsnąć się jeszcze przez dłuższy czas, lecz ostatecznie otworzyła tą tajemniczą, samochodową skrytkę i przeżyła szok. Nie ściemniał, leżały tam. Dwa. Do strefy "Golden Circle". Ostrożnie wzięła je do ręki i umieszczając na swych kolanach, pogładziła palcem. Nie miała pojęcia, czym sobie na to zasłużyła, była za to coraz bardziej przekonana o unikatowości prowadzącego wóz mężczyzny. Pojawił się nie wiadomo skąd i w prezencie urodzinowym ufundował jej wejściówkę na jeden z największych i najważniejszych koncertów tego roku, o którym ona sama marzyła już od kilkunastu miesięcy. No cóż, marzenia najwyraźniej lubią się spełniać.
   -Były tak kurewsko drogie... - szepnęła, zauważając wytłuszczoną cenę w prawym dolnym rogu. Cenę, przez którą musiała zrezygnować z tego wydarzenia, choć amerykańska piosenkarka była jej wzorem, zarówno wokalnym, jak i tanecznym. Nadal nie w pełni docierało do niej to, czego jest świadkiem. I raczej długo nie dotrze.
   -Nie obciążam cię kwestią finansową. - wtrącił blondyn, wjeżdżając na zarezerwowane na podziemnym parkingu miejsce. -Ubolewam, że poznałaś kwotę, jaką przeznaczyłem na tą niespodziankę, ale nie mogłem się jej pozbyć. Takie zasady.
   -Jesteś szalony. - podsumowała, uśmiechając się do niego. Widział szczęście w jej zielonych tęczówkach i to dawało mu ogromną satysfakcję. Więcej nie potrzebował. -Szalony oraz nienormalny. Jak mam się odwdzięczyć...
   -Pomyślimy o tym po koncercie. - mrugnął do dziewczyny, po czym wyszedł z auta i otworzył jej drzwi z drugiej strony, po raz kolejny nie skąpiąc spojrzenia zgrabnym nogom Irminy. Zdał sobie sprawę, że tej nocy zyska już drugą szansę. I wyłącznie od niego zależy, czy ją wykorzysta.

It’s like I’ve been awa­ke­ned
Every rule I had you bre­akin’
It’s the risk that I’m taking
I ain’t never gonna shut you out...

***

Rola Iny czas-start :)
Ten rozdział wygląda dokładnie tak, jak miał wyglądać, dlatego nieskromnie powiem, że jestem z siebie dumna :p Być może, podkreślam i wytłuszczam być może uda mi się napisać następny w ciągu tygodnia, a nie dwóch. Wszystko zależy od tego, kiedy powstanie rozdział na drugiego bloga, wciąż przez Was obleganego, za co ogromnie dziękuję :)

I jeszcze sprawa, która od piątku nie daje mi spokoju. Nie wiem, dlaczego, może dlatego, że moja ulubiona reprezentacja znalazła się bezpośrednio w centrum zagrożenia, może dlatego, że 3 lata temu sama znajdowałam się w zaatakowanych teraz miejscach, może dlatego, że uwielbiam Paryż ale na pewno dlatego, że zginęli niewinni ludzie. Brak mi słów. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że to wygląda tak źle, ale... Ehh.
Zdjęcia zrobiłam sama. Moja słaba umiejętność kompozycji w końcu w jakimś stopniu zabłysnęła :p